Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuł. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 maja 2011

Na rewolucję trzeba poczekać - relacja z konferencji

  
Swietłana Aleksijewicz z tłumaczką.
fot. Joanna Sabak


Konferencja z okazji przyznania Swietłanie Aleksijewicz nagrody Ryszarda Kapuścińskiego. Dwa słowa o książce, wiele pytań o Białoruś.

"Pisarz traktowany jest troszkę jak polityk, bo chociaż siedzi ciągle przy biurku i pisze, to cały czas coś się koło niego dzieje – przyznała Aleksijewicz, jednak wyraźnie zaznaczała, że gotowego przepisu nie poda. Jej obraz Białorusi różni się nieco od tego, co serwują nam media. Mniej jest tam rewolucji, więcej konsumpcjonizmu. Naród śpi. A zagrożenie nie zniknęło."

...
"Ludzie pytali wtedy opozycjonistów na wiecu, działaczy na trybunach „Co mamy robić!??”. A organizatorzy demonstracji nie potrafili odpowiedzieć, milczeli – opowiada dziennikarka, która oczywiście była na Placu Niepodległości w Mińsku jako korespondentka. Chcieliśmy wyprzedzić nasz naród, ale to nie dało rezultatu – komentuje."

17 maja, konferencja prasowa z laureatką nagrody Ryszarda Kapuścińskiego w 2011 ro-ku, Swietłaną Aleksijewicz, w siedzibie Biura Europejskiej Stolicy Kultury 2016 „Warsztat”, pl. Konstytucji 4, Warszawa.

Cały tekst do przeczytania na portalu MojeOpinie.pl.
Wywiad z pania Swietłaną dostępny tutaj.


Czytaj więcej...

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Reportaż z podróżnika



Sobota, 27 listopada 2010. Press Club Polska na Krakowskim Przedmieściu wypełniony po brzegi uczestnikami spotkania. Po lewej stronie ekran, po którym leniwie przebiegają dość przypadkowo ułożone fotografie zaproszonych gości. Po prawej kanapa, przy której ma się toczyć rozmowa. Atmosfera swobodna, żartobliwa, wręcz niepoważna. Spotkali się podróżnicy, reporterzy i fotoreporterzy.

Marcin Jamkowski, dziennikarz, fotograf i filmowiec, niegdyś redaktor działu nauki w Gazecie Wyborczej, dziś wolny strzelec, zagorzały fan podróżniczej eksploracji na ziemi i pod wodą. Jakub Mielnik, polski dziennikarz, korespondent BBC, Reutersa, niekiedy podróżnik, autor tekstów unikający fotografowania jak ognia. Joanna Lamparska, dziennikarka przeprowadzająca historyczne śledztwa dla Focusa czy Trevellera, autorka przewodników po Dolnym Śląsku, tropiąca zaginione poniemieckie skarby. Paulina Wilk od siedmiu lat pisząca dla Rzeczpospolitej, zafascynowana Indiami i historiami z indyjskich ulic. Maciej Biernacki, fotograf m.in National Geographic, Travellera, uczestnik wielu wypraw, mistrz taniego podróżowania.

Śladem uczestników spotkania, zanim przejdziemy dalej dokonajmy krótkiej analizy pojęć. Na słowo podróżnik od razu w głowie pojawia mi się obraz trapera z plecakiem na samotnym szlaku. Reporter to ten pan z notatnikiem, który zaczepia ludzi w obcych miastach i spędza długie godziny pijąc z nimi tajemnicze napoje. Fotoreporter za to musi mieć teleobiektyw i kamizelkę z wieloma kieszeniami, prawda? Błąd. Jak się okazało podróżnicy nie koniecznie muszą przemierzać pustynie, reporterzy bywają turystami, a kamizelka z kieszonkami to dla fotografa straszny obciach.

Marco Polo kłamie

Czym różni się reporter od podróżnika? Zdaniem Marcina Jamkowskiego, pisma włoskiego podróżnika doskonale pokazują te różnice. Ambitny Włoch, swego czasu ekspert od Jedwabnego Szlaku, z pewnością nie był reporterem. W jego opowieściach o obcych krajach nie zabrakło jednorożców, mitycznych królestw i – bądźmy szczerzy – uprzedzeń rasowych. Jest w nich wszystko – koloryt, kultura, polityka, legendy, religia. Brak tylko podstawowego elementu dziennikarstwa: wiarygodności. „Nie jesteśmy szermierzami prawdy” – podkreśla Jakub Mielnik. Jednak uczciwość jest jednym z elementów reportażu, zaraz obok osobistej refleksji, subiektywnej obserwacji. Chodzi o to, żeby opisywać to, co się rzeczywiście widziało lub słyszało. Jest to krytyka wszystkich tych podróżników/turystów, którzy nigdy nie wychylili głowy poza utarte szlaki agencji turystycznych czy przewodnikowe standardy. Nie oznacza to, że turysta nie może być podróżnikiem. Jeśli stara się doświadczyć otaczającego go, nowego świata, jest nim jak najbardziej. Jako przykład Joanna Lamparska przytoczyła zorganizowany pod hasłem „Smaki Meksyku” zlot dziennikarzy z całego świata. Ideą wyprawy miało być poznanie kuchni meksykańskiej w jej ojczyźnie. Wykonanie było skrajnie odmienne: grupa organizatorów „w operowych strojach”, jak to skomentowała Lamparska, ciągała dziennikarzy od jednego ekskluzywnego bankietu do drugiego. Kulminacyjnym punktem było przejście jedną z meksykańskich ulic, gdzie bezdomnych i biedaków obsługa luksusowych bankietów karmiła resztkami po zagranicznych dziennikarzach... Efekt był jeden: dziennikarze popadali w coraz większą depresję i brak apetytu, a o samym Meksyku nie dowiedzieli się zupełnie nic. Jak więc stworzyć reportaż z podróży, który ma coś do powiedzenia? „Podróżnik podróżuje z punktu A do punktu B, a dziennikarz szuka historii” – podkreśla Jakub Mielnik.

Po pierwsze: czytać

„Turysta ma takie przygody i niespodzianki, za jakie zapłacił. Podróżnik ma takie przygody i niespodzianki, na jakie zasłużył” – żartuje Maciej Biernacki. Do wyprawy trzeba się przygotować – poczytać, poszperać, popytać. Głównie żeby uniknąć kompromitacji, jak ostrzegała Joanna Lamparska. Sama zaliczyła wpadkę próbując kupić sobie w Birmie elegancką sukienkę w... sklepie dla mnichów. Szata była piękna, ale nie miała nic wspólnego z suknią w naszym rozumieniu.

Czasem zaplanować trzeba nawet temat, a potem szukać na miejscu i kombinować z tym, co się zastanie. Wtedy idealnym wyjściem jest zrobić rekonesans, wrócić i wejść do redakcji z gotowym pomysłem. Nikt nie powiedział, że nie można nam wracać na znane szlaki. W ten sposób na przykład Marcin Jamkowski stworzył swój materiał o Mieście Śmieciarzy w Kairze. Pojechał, zobaczył coś i wrócił, żeby się w temacie zagłębić. Należy do tej grupy podróżników-dziennikarzy, którzy wspinają się, nurkują, zaglądają do niedostępnych miejsc. Nie boi się wyjść swojej historii na przeciw.

Część reporterów, zwłaszcza w rejonach ogarniętych konfliktem, korzysta z pomocy tzw. fixerów, czyli lokalnych tłumaczy, dziennikarzy, którzy za pieniądze zbierają informacje, ustawiają spotkania, organizują wywiady i kontakty. Wtedy dziennikarz zbiera opowieści w barach, taksówkach czy hotelach, nie dotykając realnych wydarzeń. Przypomina to pisanie przewodników na podstawie informacji z internetu – niby to wszystko fakty, ale już przez kogoś opowiedziane, przetworzone. Reportaż oparty wyłącznie na cudzych opowieściach może być świetnym obrazem np. lokalnych poglądów czy lęków, ale nie może udawać rzetelnej relacji.

Jak zagaić autochtona?
Każdy ma swoje metody szukania bohaterów, nawiązywania z nimi kontaktu. Joanna Lamparska otwarcie przyznaje, że stara się wtargnąć swoim bohaterom do łazienki. Wiele potrafi wyczytać z kosmetyków na półeczce, lekarstw w apteczce, czy samej estetyki miejsca. Drugą jej metodą jest zadawanie osobistych pytań zupełnie nieznanym osobom. Zdarzało się jej zagaić płaczącą kobietę w pociągu słowami: „Wstrętni ci faceci. Który tak Panią urządził?” i uzyskać opowieść o niedoszłej karierze w Bollywood.

Temat można znaleźć wszędzie. Stojąc na wybrzeżu, fotografując rybaków, pytać czy mają wystarczającą ilość ryb, czy jest im gorąco, czy to co robią jest niebezpieczne. Jeśli nie ma ryb – jest temat. Bo rybacy żyją z ryb, a skoro ryb nie ma, jak mają się utrzymać? Żeby zdjęcie wyrażało bliskość, albo żeby móc przebywać długo w jednym miejscu także fotograf musi też nawiązywać więzi. Spędzić nieco czasu z portretowanymi ludźmi. Może wtedy, zupełnie przypadkiem (jak Joanna Lamparska i jej fotograf Piotr Małecki w trakcie reportażu o poszukiwaczach skarbów) może stać się świadkiem małego cudu. Na przykład takiego, w którym jeden z bohaterów reportażu, rozczarowany bezowocnym poszukiwaniem poniemieckich skarbów na Śląsku kopnął wapienną formację skalną. I o to – na oczach fotografa – kawałek wapienia odłupał się i wraz z ukrytym pod nim niemieckim pistoletem spadł na ziemię. Takie cuda wymagają jednak pewnego wysiłku... Fotograf zawsze musi się trochę nabiegać, żeby zdobyć coś nowego, nowy punkt widzenia, nowe ujęcia: w domu, w pracy, na spacerze, w autobusie.

Za to reporter siedząc w jednym miejscu, nie szukając sensacji, ale tworząc relacje z ludźmi może odkryć temat tuż za rogiem. „Ja się po prostu gapię” – twierdzi na przykład Paulina Wilk. Jej reportaże powstają w domu, kiedy już przetworzy i przyswoi doświadczenia. Nie lubi robić notatek, nie szuka wyjątkowości, stara się zrozumieć codzienność Indii. Dla niej tekst nie polega na doświadczaniu czegoś, ale na próbie zrozumienia. Twierdzi też, że kobietom w pewnych sytuacjach bywa łatwiej – łatwiej wejść do domu, łatwiej zwiedzić ukryte przestrzenie, szczególnie w kulturze orientalnej. Jej metoda to pozwolić się nakarmić. Zaofiarowanie posiłku jest jedną z oznak zaufania, a sam sposób podania czy zachowanie pani domu może stać się świetną historią.

Sprzętologia

Zdaniem Macieja Jeziorak, fotografa z Napo Images najbardziej przydatną rzeczą w podróży jest sznurek. Można nim coś związać, powiesić na nim pranie, używać jako paska... Tysiąc i jedno zastosowanie. Każdy podróżnik ma taki swój niezbędnik. Dla Macieja Biernackiego to będzie statyw i koszula. Statyw – ponieważ fotograf wygląda z nim profesjonalnie (a nie jak turysta), prawie jak z telewizji. Trudniej go wtedy skądś wyrzucić, albo zabrać aparat. Wartości obronne statywu też należy doceniać. Koszula? Zdaniem Biernackiego – w t-shircie wygląda się zbyt luzacko, turystycznie, a przysłowiowa kamizelka z kieszonkami lepsza jest dla wędkarzy, bo fotograf wygląda w niej żenująco. Poza tym kamizelka grzeje. Koszula za to wygląda wystarczająco oficjalnie, ale nie zbyt sztywno. Oczywiście prawdziwa koszula z kołnierzykiem i guzikami. Marcin Jamkowski nie przepada za to za statywami, ale lubi mieć pod ręką ulubiony aparat. Taki, który najlepiej zna i potrafi najszybciej ustawić. Lubi także być traktowany niepoważnie i niewidocznie, dlatego stara się nie rzucać się w oczy.

Dziennikarze nieco mniej uzależnieni są od sprzętu, bardziej od możliwości kontaktu ze światem. Zdaniem Jakuba Mielnika wszystkie niezbędne rzeczy zawsze można kupić na miejscu. Nic nie zastąpi jednak pamięci i notatnika. Zdarzyło mu się parę razu zawieść na super odpornym komputerze ze specjalną, wielką baterią i innymi bajerami. Najprościej w świecie programiści zapomnieli zainstalować właściwych sterowników. Notatnik jest częstym atrybutem reportera, chociaż ich rozmówcy nauczyli się już oczekiwać dyktafonu. Nie za wielu podróżujących reporterów naprawdę go używa. Dyktafon czyni rozmowę mniej osobistą.

Cenną rzeczą może się okazać długopis. „W Kenii długopis jest droższy od pieniędzy. Trzeba mieć z 50, bo każde dziecko chce go dostać” – śmieje się Paulina Wilk. Podkreśla, że jak długo się da, dziennikarz powinien omijać oficjalne drogi budowania historii. W niektórych rejonach „dziennikarz” automatycznie równa się „szpieg”, trudno mu swobodnie poruszać się po kraju z lokalną policją na karku. Jak długo się da należy podróżować „zwyczajnie”, bez drogiego sprzętu, zdając się na długopis i własną pamięć.

Z pamiętnika początkującego dziennikarza

Mamy już reportaż i chcemy go opublikować. Jak? Gdzie? Większość gazet ma sprecyzowaną wizję świata: Zachód to Waszyngton, Wschód – Moskwa, Południe – Rzym, a Północ? Północ dla Polaków niemal nie istnienie. Coraz mniej interesują nas historie ze świata, coraz bardziej ograniczamy się do własnego podwórka. Niech pani napisze o Gambii”- przedrzeźnia Joanna Lamparska wyimaginowanego redaktora. „O czym to może być?” – podejmuję grę Marcin Jamkowski. „Może o problemach żywieniowych w Gambii?” grają dalej. „Nie mam czasu” – odpowiada udawany redaktor. „Może o pięknych plażach” – kontynuuje dziennikarka. „Świetnie. Na kiedy pani napisze?” – pada odpowiedź. Zdaniem Joanny Lamparskiej redaktor zwykle nie wie czego chce lub nie ma pojęcia o temacie. Zamówiono u niej kiedyś reportaż o dużym Fiacie, który przez trzy miesiące przygotowywała. Na trzy dni przed terminem redaktorka napisała beztroskiego maila: „Jak tam nasz maluszek?”. W trzy dni powstał nowy materiał, ale i tak wielka praca przepadła.

Jak więc obronić temat? Większość dziennikarzy-freelancerów przyznaje, że aby podróżować, trzeba mieć inne źródło dochodów, drugi zawód lub etat. Fotograf dorabia zdjęciami komercyjnymi lub sprzedając swoje zdjęcia jako fotografie artystyczne, na przykład turystom podróżującym do rejonu, w którym taki fotograf pracował. Zdaniem Macieja Biernackiego, bywa to całkiem opłacalny biznes. „Prasa jest teraz biedna” – przyznaje Marcin Jamkowski. Czasy, kiedy redakcja proponowała budżet i wysyłała dziennikarza w delegację na materiał dawno minęły. Dziś trzeba się o materiał samemu wystarać i umiejętnie go sprzedać. Z jednego wyjazdu można jednak wycisnąć więcej niż jeden materiał. Jeśli dobrze to rozegramy, wyjazd może się jeszcze zwrócić. Dla Pauliny Wilk ratunkiem jest dodatkowe zajęcie: recenzje muzyczne, etat dziennikarki. Uważa, że ma szczęście, bo jej reportaże z Indii znajdują „kupca”, ale gdyby nie etat, pewnie by nie podróżowała.

De facto żaden z zaproszonych gości nie ma wykształcenia reporterskiego czy dziennikarskiego. Maciej Biernacki jest z wykształcenia geografem, Marcin Jamkowski – chemikiem. Jakub Mielnik skończył historię, Paulina Wilk – politologię, a Joanna Lamparska wciąż studiuje, bynajmniej nie kierunki dziennikarskie. Można powiedzieć, że przecierali szlaki własnymi pomysłami i to samo doradzali wszystkim początkującym w zawodzie. Zgodnie z ich definicją reportażu z podróży, można stwierdzić, że reporter nigdy nie jeździ na wakacje. Z drugiej strony – na wakacjach robiłby to co lubi, czyli poznawał świat swoją własną, opatentowaną metodą. Z bliska.

Artykuł jest podsumowaniem spotkania z 27 listopada 2010 „Zbierać fotografie to zbierać świat“ (Press Club Polska); gośćmi byli fotoreporterzy i dziennikarze:; prowadzenie: Maciej Jeziorek i Ewa Meissner z Napo Images.

Recenzja festiwalu "Warszawa bez Fikcji", portal MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Łatwiej rozmawiać z katem

Każdy dzień festiwalu reportażu „Warszawa bez fikcji” kończył się debatą w warszawskiej galerii Zachęta. Także w piątek 26 listopada 2010 roku widzowie zgromadzili się w tzw. sali betonowej, żeby wysłuchać debaty, która okazała się w żadnym razie nie być debatą. Gdyby nie zaproszone jako goście autorki poruszających książek o ludzkim cierpieniu: Swietłana Aleksijewicz autorka książki „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, oszczędnego w metafory obrazu kobiecego doświadczania wojny, Daša Drndic, autorka opartych na faktach powieści historyczno-dokumentalnych, oraz polska dziennikarka i autorka książki o Jedwabnem, Anna Bikont.

Prowadząca dyskusję Joanna Szczęsna starała się zadawać obszerne pytania. Na szczęście odpowiedzią było doświadczenie zapytanych. I chociaż „dyskusji” zdecydowanie brakowało tezy i dynamizmu. Trudno stwierdzić, co było tematem debaty i jaki był jej wniosek, ale sam sposób, w jaki bohaterki spotkania opowiadały o swojej pracy okazał się niezwykle interesujący...

Recenzja festiwalu "Warszawa bez Fikcji", portal MojeOpinie.pl


Czytaj więcej...

piątek, 3 grudnia 2010

Śmierć wydajności!

Artykuł jest podsumowaniem spotkania, które odbyło się w ramach festiwalu „Warszawa bez fikcji” 26 listopada 2010 roku:
„Teatr mediów — przesuwanie granic” (Yours Gallery) udziałem: Rafała Milacha, Łukasza Sokół, Adama Lacha, Beaty Łyżwy Sokół, Jacka Wasilewskiego; prowadzenie: Jakub Śwircz.
Po pierwsze: dlaczego fotografujemy? „Ludzie bardzo chcą, żeby rzeczywistość istniała, więc chcą ją fotografować” – kontynuował swoją myśl Wasilewski. Według jego teorii fotografujemy rzeczywistość aby skopiować, zdjąć kawałek i stworzyć dokumentację tego, co jest. Skąd wiadomo, że byliśmy na wakacjach w Egipcie – z fotografii. Kiedy jest już zdjęcie, zaczyna się proces powtarzania go na wszystkie sposoby. Ponieważ niemal każdy zakątek świata został już sfotografowany i pokazany w mediach, widz szuka w realnym świecie obrazów, które już zna. Cała turystyka opiera się na takim odtwarzaniu „widoczków”. W ten sposób rzeczywistość kurczy się w zastraszającym tempie. Turyści rzadko chcą widzieć coś innego niż znane z folderów i podróżniczych magazynów widoczki.

Pokazuje to, jak rola mediów, w tym fotografii, zmieniła się na przestrzeni lat. Kiedyś gazety były oknami na daleki świat, pokazywały nieznane światy tym, którzy nie mogli podróżować, często inspirując ich do zwiedzania tego świata. Dziś telewizja, Internet przejęły pałeczkę. Paradoksalnie, im więcej widzimy na ruchomych obrazkach, tym częściej siedzimy w miejscu, podróżując jedynie wzrokiem. Właśnie dlatego fotografia, nazwijmy to umownie, ambitna jest tak potrzebna. Przełamywanie kultu widoczków leży w rękach fotografów, którzy starają się pokazywać znaną rzeczywistość pod innym kątem. Zdaniem gości spotkania fotografia jest czymś zupełnie innym niż zdjęcie, czyli kopiowanie, zdejmowanie rzeczywistości na własny użytek.


Recenzja festiwalu "Warszawa bez FIkcji", portal MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...

wtorek, 30 listopada 2010

Teraz wielcy i znani, a kiedyś...

Współzałożyciel i twórca marki Sony Akio Morita.
Wielu z nas wierzy, że stworzenie świetnie sprzedającego się produktu wymaga genialnego umysłu i szczegółowych planów, zanim jeszcze przystąpi się do pracy. Najpotężniejsze firmy na świecie mają do opowiedzenia zgoła odmienną historię.

Spośród największych firm wiele zaczynało jako mały tartak, domowe laboratorium albo firma przewożąca suszone ryby. Guma do żucia i Coca-Cola w zamyśle swoich twórców miały być raczej produktem przemysłowym niż hitem smakowym. Kuchenka mikrofalowa stanowiła prototyp broni, a papierosy Marlboro, zanim stały się synonimem "męskości", sprzedawane były jako wykwintne cygaretki dla pań W świecie prawdziwego biznesu radykalna zmiana perspektywy jest jednym z warunków przetrwania. Czasem okazuje się także źródłem wielkiego sukcesu.

Poszukiwanie produktu idealnego

Na początku II wojny światowej młody syn bogatego producenta sake, Akio Morita, wstąpił do japońskiej armii. Fakt ten, z pozoru nieistotny dla historii późniejszego giganta w świecie elektroniki był jednak częścią misternego planu młodego studenta fizyki, marzącego o wielkich wynalazkach. Młody Akio chciał dostać się do ekipy inżynierów wojskowych, a nawet na wojskowe studia, gdzie mógłby poznać meandry nowoczesnej techniki. Ulokowany w małym, cywilno-wojskowym laboratorium we wschodniej Japonii Morita poznał swojego przyszłego partnera biznesowego i przyjaciela - młodego cywilnego inżyniera Masaru Ibukę.

Przyjaźń ta zaowocowała kilka lat po wojnie. Ibuka był wówczas szefem Tokijskiego Laboratorium Badań Telekomunikacyjnych, małej firmy, która usiłowała stworzyć... elektryczne urządzanie do gotowania ryżu. Niestety, okazało się ono "niewypałem". Trochę lepiej poszło mu z produkcją poduszek elektrycznych oraz sprytnych urządzeń pozwalających przestroić popularne radioodbiorniki z fal średnich na fale krótkie. Ibuka marzył jednak o wielkim przełomowym produkcie, nowych technologiach. I tutaj przyszedł mu z pomocą młody Morita, który namówił swojego ojca, by zainwestował w firmę przyjaciela. W ten sposób 7 maja 1946 roku powstała Tokijska Spółka Telekomunikacyjna (Tokyo Trushin Kogyo Kabushiki Kaish) z siedzibą na drugim piętrze spalonego domu handlowego. Kapitał zakładowy stanowiła równowartość 500 dolarów, a właścicielami został tandem Ibuka-Morita.

Początkowo firma utrzymywała się ze sprzedaży części zamiennych do gramofonów. Przełomem było zamówienie z japońskiej stacji radiowej HNK, dla której TST wyprodukowała mikser dźwięku. Dostarczając go osobiście, Ibuka zobaczył coś, co zmieniło jego sposób myślenia - amerykański magnetofon taśmowy. Od pierwszej chwili wiedział, że właśnie ten produkt jego firma powinna badać i ulepszać. Ponieważ nie było możliwości, by sprowadzać taśmy z Zachodu, firma Ibuki wyprodukowała własną z celofanu, który, niestety, rwał się i rozciągał. Dlatego wkrótce celofan zamieniono na specjalny papier pokrywany powłoką z podgrzewanego (na patelni) szczawianu żelaza. Z czasem chałupniczą procedurę oczywiście ulepszono, aż do powstania pierwszej "Soni-Tape" - japońskiej taśmy magnetycznej wraz z odtwarzającym ją magnetofonem o nazwie G-type.


...

Wytwórnia papieru Nokia? Karty do gry Nintendo? Opony Motorola? Traktor Lamborghini?
Zachęcam do przeczytania, jak dziwacznymi drogami dochodzi się czasem do sukcesu. 


Cały artykuł dostępny jest  na portalu GazetaPraca.pl 

Zdjęcie: za GazetaPraca.pl 
Czytaj więcej...

poniedziałek, 29 listopada 2010

Reporter nigdy nie wraca z wojny

Artykuł jest podsumowaniem dwóch dyskusji, które odbyły się w ramach festiwalu „Warszawa bez fikcji” 25 listopada 2010 roku:
„Z Czeczenii i Afganistanu” (Instytut Reportażu — Księgarnia Wrzenie Świata) z udziałem Wojciecha Jagielskiego i Åsne Seierstad; prowadzenie: Marcin Wojciechowski;
Debata: „Reporter – świadek obojętny? / Co ty wiesz o zabijaniu?”, (Zachęta Narodowa Galeria Sztuki), z udziałem Åsne Seierstad, Petera Fröberg-Idling, Wojciecha Jagielskiego; prowadzenie: Jacek Żakowski.
„Jestem sentymentalnym robotem” – mówi o sobie Wojciech Jagielski, odpowiadając na pytanie, jak radzi sobie z emocjami swoich bohaterów. Zdaniem polskiego dziennikarza, reporter zawodowo cierpi na pewien rodzaj rozdwojenia jaźni. Na wojnę jedzie Jagielski-reporter, do domu wraca Jagielski-ojciec, mąż. „Wojna jest wyjątkiem, ekstremum w moim życiu” – opisuje Seierstad. Ona też ma rodzinę, do której wraca z prawdziwą ulgą. Wytworzyła pewien filtr rzeczywistości, który pozwala jej oddzielić pracę od domu. Reporter na wojnie nosi często kamizelkę kuloodporną na zewnątrz, ale podobny pancerz potrzebny jest też w środku. Każdy indywidualnie wyznacza granice zaangażowania.

Zdaniem Jagielskiego, każdy dziennikarz powinien do tych granic podchodzić, ale nie należy ich przekraczać. Z punktu widzenia czytelnika jest to niemal okrucieństwo. Tyle, że nikt z nas nie wykonuje zawodu, który wymaga podjęcia odpowiedzialności za naruszenie czyjejś codzienności, odpowiedzialność za wzbudzenie emocji, odpowiedzialność za narażenie bohatera na prześladowania czy nawet śmierć. Gdyby nie dziennikarska zbroja, reporter nie mógłby opowiedzieć więcej niż jednej historii, ponieważ zatonąłby w niej i zniknął.



Recenzja festiwalu "Warszawa bez Fikcji", portal MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...

wtorek, 14 września 2010

PRL ubierał się u Hoff

Za GazetaPraca.pl
Sama o sobie mówi, że nie jest projektantką, ale dyktatorem mody. "Ubranie to przecież nie bomba atomowa, można je zrobić bez doktoratu" - zbija zarzut o braku kompetencji. Zaczęła szyć, ponieważ ktoś powiedział jej, że to niewykonalne. Zaczęła pisać o ubraniach, ponieważ powiedziano jej, że nikt nie będzie tego czytał. Barbara Hoff to połączenie tupetu, szczęścia oraz idealizmu w jednej niedużej osobie. 

...O peerelowskich dygnitarzach wyraża się zawsze tak samo: bezguście. Uważa, że tępili wszystkie przejawy mody, ponieważ moda przychodziła z Zachodu. Wszystko musiało być jednakowe, porządne i "słowiańskie". - Oni nas wtedy naprawdę przerabiali (...) - autentycznie złości się w wywiadach Hoff. - Może nawet między sobą się kłócili, ale to nie zmieniało ogólnego trendu: ma być zniewolenie. I oni sobie zdawali sprawę z tego, że muzyka i moda są niebezpieczne...

Artykuł zamieszczony na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak

Czytaj więcej...

czwartek, 26 sierpnia 2010

Rzeczywistość na WSPAK

Fot. za portalem GazetaPraca.pl

Tytuł wydawanego
w Warszawie magazynu ulicznego WSPAK oddaje nie tylko jego tematykę,
ale także misję wydawcy, Fundacji Czynnej Filantropii "Satoris",
która chciałaby ofiarować ludziom dotkniętym przez przeciwności losu nie tyle smaczną rybkę,
co wędkę. Jak się okazuje jest to inicjatywa zupełnie na wspak w stosunku do polskiej rzeczywistości, a mimo to kręci się i rozwija.


Powstały w listopadzie 2008 roku WSPAK nie jest jedyną gazetą uliczną, która próbowała zaistnieć w Polsce. W Poznaniu od 2004 roku wychodzi "Gazeta Uliczna". W Warszawie kilka lat temu fundacja Hansa Kofoeda próbowała wyjść z podobną inicjatywą tworząc gazetę "Miasto". Trudności w finansowaniu i polska rzeczywistość prawna zastopowały jednak próbę w zarodku.

W Warszawie udało się dopiero Fundacji "Satoris". Pierwszy numer ukazał się w listopadzie 2008 roku i był częściowo rozdawany za darmo, w ramach reklamy. Rzeczywistość szybko zweryfikowała jednak pomysły marketingowe, gdy zabrakło pieniędzy na kolejny druk. - W życiu nie ma nic za darmo. Ja lubię mieć pieniążek o tu, na ręku - stwierdza filozoficznie jeden z kolporterów WSPAK, pan Bogusław, wymownie pukając palcem w otartą dłoń. Pan Boguś jest jednym z weteranów - sprzedaje magazyn niemal od samego początku jego istnienia, osiągając duże wyniki.

Artykuł zamieszczony na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak

Czytaj więcej...

czwartek, 5 sierpnia 2010

Imperium skręcone na zimno

Fot. za Gazet.pl

Niczym włoski mafioso osobiście zarządza rodzinnym biznesem, pieczołowicie przechowuje sekretne, rodzinne receptury 
i marzy o lodach jak na Syberii. 
Zaledwie w kilkanaście lat z małej zielonej budki (wcześniej kwiaciarni) Zbigniew Grycan dotarł na szczyt lodowego biznesu. Ze szczytu tego spadł, otrzepał się i po raz drugi stworzył zupełnie nową, rozpoznawaną w całej Polsce markę lodów. Rodzinna tradycja zobowiązuje.
Moda na zimne lodowe desery przywędrowała do nas z Azji. Już 4000 lat temu Chińczycy zajadali się przysmakiem sporządzonym z pokruszonego lodu z dodatkiem miodu i owoców. Także starożytna Europa, Arabowie czy Persowie znali przekąskę z lodu, soków owocowych i egzotycznych aromatów. Jednak europejską stolicą lodów są Włochy. Według jednej z teorii recepturę na ten przysmak przywiózł z Chin włoski podróżnik Marco Polo, ale niektórzy twierdzą, że lody we Włoszech znano już wcześniej - dzięki kontaktom ze światem arabskim. Z pięknej Italii lody trafiły do Francji, gdzie w 1686 roku arystokrata Francesco Procopio de'Coltelli otworzył pierwszą w Europie lodziarnię swojego imienia (nadal można do niej wpaść na deser). W owych czasach lody przypominały niezbyt drobno zmielone sorbety polane słodkim sosem. Dopiero pod koniec XVII wieku do lodów zaczęto dodawać jajka i śmietanę, aby uzyskać gładką i delikatną konsystencję, która dziś świadczy o jakości lodowych przysmaków.

W Polsce lody zagościły w czasach saskich. Z początku był to deser bardzo drogi i nietrwały - niewielu było stać na przechowywanie lodowych bloków. Dopiero w połowie XX wieku, po skonstruowaniu pierwszych chłodni, lody wyszły na ulice i zdobyły podniebienia Polaków. Lodziarnie pojawiały się w polskich miastach jak grzyby po deszczu. Jedną z pierwszych była otwarta w 1946 roku we Wrocławiu Lodziarnia "Miś". Prowadzili ją Józef i Weronika Grycanowie.

Całość dostępna na portalu GazetaPraca.pl

Czytaj więcej...

czwartek, 15 lipca 2010

Opiekunka do pary

Fot. z portalu gazeta.pl
Jak się do tego zabrać? Na ile muszę znać język obcy? Czy chłopak może zostać 
Au Pair? Gdzie wysyłać dokumenty? 
W dziedzinie opieki nad dzieckiem 
w zagranicznej rodzinie żadne pytanie, 
nawet pozornie głupie, nie powinno zostać bez odpowiedzi.

Wyrażenie Au Pair pochodzi z języka francuskiego. W dość swobodnym tłumaczeniu oznacza kogoś do pary, młodą osobę, która w rodzinie pełni rolę specyficznej "starszej siostry" (lub, od kilku lat, "starszego brata). Popularność tej formy zatrudnienia sięga lat 60 XX wieku, kiedy to francuskie rodziny zaczęły chętnie przyjmować do pracy młode opiekunki do dzieci z Anglii. Połączenie pracy, możliwości poznawania obcej kultury i uczęszczania na kursy językowe, szybko stało się popularną metodą na wchodzenie w dorosłość. Na tyle popularną, że w 1969 roku stworzono ogólnoeuropejskie dyrektywy regulujące pracę Au Pair...

Cały artykuł dostępny w serwisie GazetaPraca.pl

Czytaj więcej...

wtorek, 29 czerwca 2010

Pokolenie Y – od życia chcemy więcej

fot. z portalu MobilneKobiety.pl
Tradycyjna wojna pokoleń w XXI wieku weszła w nową fazę. Młode i starsze pokolenie dzieli nie tylko rok urodzenia 
czy stosunek do rock and rolla. Wychowała nas zupełnie inna rzeczywistość polityczna, swoje trzy grosze dołożył postęp technologiczny i przekonanie naszych rodziców, że świat stoi dla nas otworem. Urodzone w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku pokolenie Y wkracza w dorosłe życie. Z hukiem.


Współczesny świat zmienia się błyskawicznie. Marcin, młody ojciec, pamięta do dziś, jak podkusiło go, żeby opowiedzieć synowi o swoim dzieciństwie. „Kiedy tata był mały, telewizja była czarno-biała i nie było komputerów” – zaczął tajemniczym głosem. Jego czteroletni syn popłakał się po pierwszym zdaniu. Świat bez komputerów? Przerażające! Za kilka lat mitem stanie się dyskietka, w zapomnienie odejdą telefony stacjonarne. Trudno przewidzieć, jak zmieni się technologia i jak zmienią się następne, korzystające z niej pokolenia.Całość dostępna na portalu MobilneKobiety.pl

Czytaj więcej...

środa, 2 czerwca 2010

Od Hong Kongu do porządku na biurku: Feng Shui w pracy

Fot. z portalu gazeta.pl
W zachodnim świecie Feng Shui najczęściej kojarzy się z gazetowymi poradami "Jak szybko i bez wysiłku polepszyć swoje życie". Stawiamy na biurku gipsowego smoka, wieszamy dzwonki wietrzne, kupujemy złotą rybkę i dziwimy się, że nasze życie wcale się nie zmienia. Nic dziwnego. 
W Feng Shui chodzi przecież nie o bibeloty, ale o przestrzeń i ludzkie emocje.


Hong Kong, Singapur i Tajpej - trzy miasta, które można nazwać biznesowymi centrami regionu, od lat wykorzystują chińską sztukę aranżacji wnętrz w niemal wszystkich budowanych tam biurowcach i centrach biznesowych. Tamtejsze hotele, banki czy centra biznesowe mają swoich konsultantów, którzy nie tylko doradzają przy projekcie, czy wystroju wnętrz, ale decydują także o rozmieszczeniu i doborze pracowników. Feng Shui, chińska sztuka oswajania przestrzeni, powoli wkracza także do świata zachodniego. Z powodzeniem stosowana w prywatnych domach, do biur wkracza raczej po ciuchu. Złą sławę zawdzięcza wiedzy czerpanej z gazet. Szablonowe porady pism popularnych informują, że powinniśmy wypełnić dom czy gabinet tandetnymi podróbkami chińskich posążków i obrazków. Wystarczy jednak zamienić kilka słów z ekspertem od Feng Shui, a obawy znikają jak ręką odjąć.

Artykuł opublikowany na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak

Czytaj więcej...

środa, 7 kwietnia 2010

Sekretarka Alfreda Nobla – Berta von Suttner

„Po czasowniku «kochać», czasownik «pomagać» jest najpiękniejszym czasownikiem na świecie” – pisała Berta von Suttner, pierwsza kobieta uhonorowana Pokojową Nagrodą Nobla. Była pacyfistką w czasach, kiedy wojnę powszechnie uważano za jedno z podstawowych narzędzi w polityce. Bliska przyjaciółka Alfreda Nobla, zaczynała jako jego sekretarka.
 „Alfred Nobel nie żyje. Zaznaczam tą stratę w moim pamiętniku pojedynczym zdaniem. Wieść ta – a dowiedziałam się o tym z gazet – była dla mnie przykrym zaskoczeniem. Więzi dwudziestoletniej przyjaźni zostały przerwane” (wszystkie cytaty pochodzą z książki „Memoirs of Bertha von Suttner: The Records of an Eventful Life”, Bibliofile 2008, tłumaczenie własne, przyp. red.). Tak 12 grudnia 1896 roku Berta von Suttner odnotowała w swoim pamiętniku śmierć jednego z najbardziej znanych wynalazców w historii. Była jego asystentką zaledwie przez tydzień, została przyjaciółką i powierniczką na prawie 20 lat...

Pełny artykuł dostępny na portalu MobilneKobiety.pl 
Autor: Joanna Sabak

Czytaj więcej...

poniedziałek, 20 lipca 2009

"Na Polaków patrzyłem z góry"


Krąży po kraju dość siermiężny, ale bardzo trafny dowcip o "mistrzach ciętej riposty". Cytować nie będę, bo mój słownik nie obejmuje niektórych sformułowań zawartych w tym dowcipie. Poza tym odczuwam już pewne zmęczenie "ciętą ripostą". Kiedy w okół mnie ludzie chcą wyrazić coś mocnego, poruszającego, używają wyrazów z duża ilością **** w środku. Jest to prosta i wyrazista wersja emocjonalnego wybuchu, który nie jest już tak passe jak kiedyś, więc nie musimy się go wstydzić.
Ale ja chyba jestem staromodna...

Mnie imponują koronkowe metafory, które oddają te wszystkie ****. Takie które można wypowiedzieć bez użycia słów jeszcze do niedawna omijanych w kulturalnej konwersacji (bo w słownikach już je można znaleźć - ot, nowoczesność, modernizacja, postęp...). Od Mistrzów Ciętej Riposty wolę Mistrzów Anegdoty. Może dlatego ostatnio czytam głównie wywiady z twórcami starej daty. Takimi, których ominęło gwiazdorstwo, a którzy karierę budowali na reputacji, a nie na jej braku. Nie imponuje mi ekstrawagancja, bunt, prowokacja. Imponuje mi... zwyczajność.

Ale zwyczajność podniesiona do rangi sztuki. Integracja absolutna, świadomość, że jestem kimś zwyczajnym i w tym tkwi moja siła. Robię swoje. Wiem, gdzie zmierzam i pracuję na to konsekwentnie. Nic nie przychodzi łatwo, więc to co mam jest bardzo cenne. Może dlatego powraca moda na staromodne ideały Jane Austen, na autorytety z minionej epoki, na autorytety w ogóle. Wyrastamy z idoli...?

Pierwszą lekturą dzisiaj b
ył wywiad. Tradycyjnie jest to wywiad z osobą, która należny do wybitnej jednoosobowej kategorii. Jerzy Antczak jest reżyserem. Ale takim, który swoimi filmami żyje. Wkręca się, jak to się dzisiaj mówi. Poruszający opis tworzenia przedstawienia teatralnego o procesie norymberskim ("Epilog") jaki maluje przed reporterem przerywa anegdotami. "Na Polaków patrzyłem z góry" - powiedział mu John Young, brytyjski aktor. Z góry - czyli z samolotu... „Sztuka jest bezwstydna, nie możesz się wstydzić. Kościół uczy nas pokory przed siłą wyższą, ale w sztuce nie możesz być pokorny. Musisz powiedzieć sobie: »Jestem wielki «. I eksplodować” - uczy swoich studentów. "Ja mu przyznaję rację, bo reżyseria to dyktatura. Był to cham nieludzki" - wspominał jednego z polskich reżyserów. Mógłby uczyć samym życiorysem... A uczy opowieściami.

"Arab strzela, Żydzi się cieszą". Kliknęłam ten tekst, bo po serwisie informacyjnym, który zapewnia codziennie, że mimo daleko idących wysiłków Pokojowych Sił Amerykańskich, ONZ i innych militarnych klonów, ludzie na świecie się zabijają... Po takim porannym serwisie miałam ochotę poczytać o pojednaniu, bratniej miłości, politycznym cudzie. Pomyłka. Co nie oznacza, że tekst mnie nie wciągnął.

"Opowiadał mi, że dla izraelskich Arabów, Palestyńczyków i może Arabów w ogóle to sposób na odreagowanie frustracji i poniżenia. Na rozładowanie napięć. Na załatwienie, również krwawe, pradawnych sporów.
Przez piłkę można zabić narzeczoną. Albo - zastrzelić sąsiada. Przestać rozmawiać z ojcem. Znienawidzić rodzonego brata. Pogodzić się z wrogami. Zyskać narodową dumę. Albo - stracić człowieczą godność."

Przyszło mi do głowy, że nie potrafię tych zacietrzewionych Arabów i Żydów nienawidzić, tak jak potrafię znienawidzić polskich, jak ich sami nazywamy, pseudo-kibiców. Litość spowodowana tamtejszą wojną? A może cywilizacyjna wyższość? A może po prostu widzę, że ich nienawiść i frustracja ma powód. Nie popieram sposobów w jaki ją wyrażają, ale potrafię sobie wyobrazić, że piłka nożna stanowi dla nich wentyl bezpieczeństwa, pretekst do wyrażenia wściekłości na... Na wszystko. "Kiedy byłem jeszcze piłkarzem amatorem, przez kilkanaście lat stawiałem wam domy. Może więc prawdziwe zasługi dla Izraela ma nie tylko ten, kto nosi karabin, ale również ten, kto buduje" - mówi Abbas. Arab, który izraelską drużynę poprowadził do zwycięstwa.

A o co walczą polscy kibice? O narodową dumę? O porozbiorowy kompleks? Może o to samo, a może o co innego. Ale na moim podwórku ich wściekłe i często łyse gęby wzbudzają strach i wstyd. Dlatego często ich nienawidzę.

Na koniec echo całego zamieszania związanego ze śmiercią Michała Jackowskiego, powszechnie znanego jako "Król Popu". Dlaczego tak bezceremonialnie. McŻałoba, jak możemy wyczytać w krótkim felietonie. Felieton taki sobie - ani dobry, ani zły. Ale podsumowanie trafne. Kolejna zastępcza rozpacz. Zamiast płakać nad sobą, płaczemy nad człowiekiem, dla którego bilans dobra i zła nadal pozostaje nie rozstrzygnięty. Tworzymy legendę. Na miarę naszych czasów i nas samych. Amerykańskie "Rest in Peace" stanowi nie tylko szanowaną formułkę, ale i marzenie każdego, kogo McŻałoba nie porwała w objęcia. Niech on spoczywa w naszym spokoju...


Czytaj więcej...

środa, 15 lipca 2009

O gwiazdach, psach i samochodach.

Codziennie zaczynam dzień od przeglądu prasy (także internetowej) i rozmaitej "tekstury". Mam stały repertuar: Przekrój, DF, Wysokie Obcasy, Subiektywni.bloog.pl, Wolne Media, redakcja.pl, Historia i Media, Culture.pl, Autentyk, Purpose i kilka innych. Codzienna lektura zobowiązuje. A ponieważ ostatnio nie mam czasu pisać artykułów, to przynajmniej popiszę komentarze.
Taka moja Lektura Obowiązkowa.


Na początek rzuciłam się na wywiad z dwoma aktorami, których na mojej kulturalnej mapie będzie wyjątkowo brakować: zmarły w zeszłym roku ustaw Holoubek i zmarły niedawno Zbigniew Zapasiewicz. Tekst "Przez trud do gwiazd" jest rozmową aktorów z własnym ego. "Więcej już się na taki program nie zgodzę, bo to naruszyło moją godność zawodową. Może to jest za wielkie słowo, ale ja tak naprawdę czuję." - komentował Zapasiewicz jedno swoje wystąpienie w komercyjnym programie na temat psów w telewizji. Jedno wystąpienie! Człowiek, który doskonale zrozumiał mechanizm wybijania się i upadania gwiazdek na aktorskiej scenie i umiał to zawrzeć w jednym zdaniu. Anegdota o Marlin Monroe i Lawrensie Olivierze to metafora doskonała owego tytułowego "gwiazdorstwa". Panowie się do niego nie poczuwają i poczuwać się nie chcą. "Gdybyśmy byli gwiazdami, to byśmy teraz byli zaproszeni do Międzyzdrojów, ale nikt nas nie zaprosił" ironizuje Holoubek. Zauważa, że w Polsce aktorzy należą do teatru, a film ich wypożycza. Zachodnie mega-gwiazdy latami pracują na maleńką teatralną rolę poza blichtrem Hollywood. Tam teatr jest nobilitacją - u nas nobilitacją jest telewizja?
Można by się z opinią panów kłócić, ale raczej nie da się jej zignorować.
Zaczytałam się, aż mi poranna herbatka wystygła...

Drugi punkt programu to wywiad z polskim biologiem, który zyskał olbrzymią renomę wszędzie... poza Polską. Bo tutaj jego szwedzki doktorat, publikacja w "Sience", czy 1400 cytowań w światowych publikacja naukowych niewiele znaczy. Bardzo ciekawa rozmowa z badaczem, którego niewyparzony język, ambicja i wiara w polską naukę kłócą się z wizerunkiem polskiego profesora. Do tego kilkaset tysięcy euro stypendium i jeden z najlepiej opłacanych projektów badawczych w kraju. Widać można, jak się człowiek uprze. Nawet w Polsce.

O języku angielskim wiadomo głównie, że jest wszędzie. Ale o tym, że jest to język złodziejski, który słowo "ketchup" ukradł z języka malajskiego nie wiedziałam. Punkt dla Przekroju, za artykuł o czymś powszechnie znanym przedstawionym od ciekawszej strony.

Czytaj więcej...

poniedziałek, 25 maja 2009

IPN i kajdanki - krótka refleksja o zmęczeniu

„Jak mnie przesłuchiwał, to mu wrzasnąłem: »A pocałuj ty mnie w dupę! «. Za każdym razem, kiedy go teraz widzę, przypominam sobie tę scenę i mam wielką radochę. To jest moje odszkodowanie”.

Takimi słowami skomentował pytanie o śledztwa IPN Andrzej Muszyński, robotnik, były działacz "Solidarności" z Lubania, który konsekwentnie odmawia stawienia się w sądzie na przesłuchanie w sprawie PRL-owskich zbrodni. Jeśli zajdzie potrzeba, zostanie doprowadzony siłą. Dlaczego? Bo takie jest prawo, takie są realia.
Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było głupie...

O IPN można mieć różne zdanie - że jest upolitycznione (np. Friszke, jeden z byłych historyków Instytutu), że potrafi być obiektywne (Żaryn, były szef pionu edukacyjnego) , że jest bezkrytyczne („Największe pretensje do ludzi związanych z IPN mam o to, że uczynili z instytutu wyrocznię." - Katarzyna Kolenda-Zaleska, Fakt, 20 kwietnia 2009). Dobitnie komentował działalność Instytutu reżyser Krzysztof Zanussi:


"Lustracja była potrzebna, ale została przegrana już dawno, w momencie, kiedy zaczął się handel teczkami i upolitycznienie całej sprawy. Z przeszłością trzeba się rozliczyć, ale w sposób bardzo roztropny, a u nas tej roztropności zabrakło. IPN zajmuje się ludźmi słabymi, a zapomina o inspiratorach i wykonawcach. Zapomniano, że to wszystko służyło partii, a ta partia nigdy nie została rozliczona z tego, co robiła. Nie wiem, jak należało postąpić, ale na pewno nie tak, jak to się stało. U nas z plotki robi się fakty, a nie ma poszukiwania prawdy i uświadamiania młodzieży tych zagrożeń, które ciągle są w powietrzu. Przecież ci młodzi byliby skłonni do takich samych zachowań. Dziś sami pracują w różnych korporacjach i są zdolni do niesłychanie nieetycznych czynów, niezgodnych z własnym sumieniem, jeśli tylko to może im pomóc w karierze."

Dotąd myślałam, że tylko młode pokolenie czuje przesyt lustracją. Rozmawiając parę miesięcy temu z grupą maturzystów, autorów książki o swoich rówieśnikach z okresu stanu wojennego ("Rejacy"), ze zdumieniem usłyszałam, że czują się lustracją rozczarowani. Ale nie dlatego, że mają jej za dużo i uważają za zbyt nachalną, ale dlatego, że ich zdaniem jest nieskuteczna. To jest wszystko skłamane, to dopiero trzeba dojść prawdy. Tymczasem jakiś młody człowiek, autor artykułu o mnie, poucza, jak należało postępować z bezpieką. Jego na świecie wówczas nie było i nie ma pojęcia, jak w tamtych czasach i okolicznościach sam by postąpił." - komentuje Zanussi. Jak się okazuje, młodzi ludzie zgadzają się z nim bardziej niż zacietrzewieni rówieśnicy reżysera. Młode pokolenie czuje, że mieszka w kraju bezsilnych, zakłamanych dorosłych i otwarcie twierdzi, że stare metody - demonstracje, strajki i krzyki - nic tu nie zmienią.

Ale co zmieni? Nie znają odpowiedzi. Ich zdaniem, może kontakt z globalną wioską, oderwanie się od własnego podwórka, spojrzenie na nie z góry i ochłoniecie. Ta historia jest dla nich zbyt świeża i ruchliwa. "Powinniśmy ją spisać, póki mamy od kogo. Ale to chyba nasze wnuki, powinny ją oceniać". Na szczęście powoli na światło dzienne wychodzą wspomnienia, notatki i opowieści o młodych ludziach w latach 70' i 80' ubiegłego wieku. O ich idealistycznych próbach walki z systemem i twardym zderzeniu z rzeczywistością. To właśnie ich pokolenie uczy prawdziwej lustracji - opowiada o poniżeniu, lęku, sytuacjach niezwykle trudnych życiowych wyborów.

Nie wiem, jak powinno wyglądać rozliczanie się z przeszłością, ale historii nie da się przecież postawić przed sądem. Złość Andrzeja Muszyńskiego, który odmawia udziału w jej osądzaniu. "Niech mnie IPN zakuje w kajdanki i doprowadzi." - prowokuje. Z przeszłością tak bliską, a jednocześnie tak trudną, trzeba się najpierw oswoić, porozmawiać. Ale skromnie i po cichu. Bez lustracyjnego jazgotu...

Czytaj więcej...

wtorek, 17 marca 2009

Indie z krzyżem, czyli chrześcijanie orientalny

Powołując się na źródła watykańskie agencja ANSA informuje, że autorem rozważań tegorocznej Drogi Krzyżowej w rzymskim Koloseum będzie ordynariusz archidiecezji Guwahati w Indiach, 72-letni Thomas Menamparampil, salezjanin.”


To drugi, po chińskim kardynale Zen hierarcha, którego głos w obronie praw chrześcijan do wyznawania własnej religii jest w Azji słyszalny. Wybór ten oznacza, że Watykan zaczyna zwracać się w kierunku kościołów Azjatyckich – w sama porę. Kościół indyjski przeżywa trudne czasy wbity pomiędzy hinduistycznych nacjonalistów a separatyzm muzułmański. Katolicy w Indiach to skromna grupa w skali kraju, ale znacząca w skali świat. Wszak 7% z sześciu miliardów stanowi 24 mln wiernych, z czego 18 mln to katolicy; dla porównania w Polsce, gdzie katolicyzm deklaruje ok. 90% mieszkańców, liczba ta oscyluje w okolicy 35 mln. Kościół katolicki Azję zaniedbał. Nie zmieniają tego delikatne ruchy w kierunku większej swobody w obrządku, sięgające XIX wieku. Nie pomaga moralne wsparcie. Realnie w świecie religii orientalnych chrześcijaństwo traci wiernych i coraz częściej staje się przedmiotami ataku.

Z historycznego punktu widzenia, chrześcijanie są integralną częścią Indii – zaszczepione jeszcze w I wieku n.e. w gminach żydowskich chrześcijaństwo rozwijało się w miarę swobodnie, kształtując własny rodzaj religijności, kompatybilny z indyjską kulturą i strukturą społeczną. Zależność kościoła indyjskiego od patriarchatów (najpierw Antiochii, potem Babilonu) była z początku czysto nominalna. Zmiany przyniosło pojawienie się Europejczyków, rzymskiej supremacji i zunifikowanego, łacińskiego obrządku. Dziś Indie mają 7 wielkich nurtów chrześcijańskich, z których tylko dwa powiązane są z katolicyzmem i wiele mniejszych odłamów i sekt. Koegzystują tu jakobici, nestorianie, protestanci, a nawet arianie i sekty pośrednie, połączone nieformalną umową o współpracy.

Od wieków nie zmienia się jednak autorytet chrześcijańskich hierarchów, których mądrość i bezstronność najmocniej uznawali Indusi w okresie brytyjskiej dominacji, kiedy władze I
mperium bez pardonu forsowały przywileje dla własnych misjonarzy. Współcześnie duchowni chrześcijańscy często stają się języczkiem u wagi w konflikcie dwóch dominujących religii w Indiach: islamu i hinduizmu. Arcybiskup Thomas Menamparampil zdołał uciszyć swoją mediacją brutalne pogromy muzułmanów w stanie Assam. Pogromy, które – jak to z reguły bywa w Indiach – stały się też okazją do spalenia kilku kościołów. Sytuacja była napięta do tego stopnia, że hierarchowie nakazali zakonnicom zrezygnować z noszenia habitów podczas podróży. Zakonnice „przesiadły się” w nieskromne sari. Nawet habit, który – poprzez osłonięta głowę – niewykształceni Indusi brali za muzułmański strój kobiecy stał się więc zagrożeniem.

Kościół indyjski od lat apeluje o dialog międzykulturowy zachodu ze wschodem. Arcybiskup Menamparampil w swoich wystąpieniach na konferencjach w Watykanie często stara się podkreślać, że indyjscy chrześcijanie od lat starają się czerpać bliskie chrześcijaństwu wartości z buddyzmu czy konfucjanizmu. Wschodni hierarchowie lubią podkreślać, że modlitwa i medytacja wydaje się pokrewnym sposobem kontemplacji Boga. Przekonanie, które napawa lękiem zachodnich przeciwników orientalnej duchowości – radykałowie Europejscy mają w zwyczaju demonizować odwołania do wyższych stanów świadomości, jako iście szatańskie narzędzia.

Słaba obecność azjatyckich biskupów w watykańskiej polityce to bolączka kilku ostatnich papieży. Pielgrzymki do Azji wciąż stanowią rzadkość wśród papieskich podróży. Trudna sytuacja chrześcijan w Chinach, wciąż obecne w Indyjskiej konstytucji zapisy dyskryminujące nawróconych na chrześcijaństwo hindusów, nawracające pogromy chrześcijan i niewystarczający wysiłek misyjny wpisują się w historyczną obecność łacinników w azjatyckiej strukturze chrześcijan. W stosunku do Indii jest to o tyle smutne, że ich obecna chrystianizacja jest niejako wtórna – przed przybyciem Casco da Gammy do Indii było tam ok. 30% chrześcijan, których akomodacja do społecznej struktury kraju Indusów była imponująca. Od lat obie strony – Zachód i Wschód głowią się, co poszło nie tak. Bezskutecznie.



Czytaj więcej...

piątek, 13 marca 2009

W Ayutthai święto słoni

Prawdziwe święto słonia

Z jednej strony słoń - symbol Tajlandii, święte zwierze, duma narodowa. Z drugiej strony największy kłopot i troska Tajów. Chociaż biały słoń zniknął z tajskiej flagi, a jego zwyczajne odpowiedniki znikają z tajskiej ziemi, słoń jest pupilkiem i oczkiem w głowie mieszkańców tego buddyjskiego kraju. 13 marca obchodził swoje święto - karmiony owocami zamrożonymi w eleganckich kostkach lodu, kąpiący się w rzekach i dumnie spacerujący po ulicach dawnej stolicy Tajlandii, Ayutthai.

Słonie indyjskie, bo taki gatunek żyje w Tajlandii, są mniejsze i bardziej figlarne niż słonie afrykańskie. Mają mniejsze uszy i charakterystyczny "dołek" na czubku głowy. Rzadko który osobnik ma długie kły (jeśli już, to samiec), a ich skóra często pokryta jest zabawną, szorstką sierścią. Jak miałam okazję się przekonać, tajski słoń jest psotnym głodomorem, który lubi tańczyć i często się zagapia. Siedząc na jego wielkiej głowie czułam, że chciałby powąchać i posmakować cały świat. Świat, który pomimo jego grubej skóry i mocnej trąby, jest bardzo groźny.

Słoń zjada do 250 kg pożywienia dziennie. Nie jest wybredny, jednak żeruje tylko w bezpiecznych rejonach. Bezlitosne przepędzanie dzikich słoni z terenów rolniczych owocuje ich powolnym wymieraniem - słonie zaszyły się w górach, gdzie ich wbrew pozorom delikatna skóra nie chroni przed zimnem. Te, które żyją pośród ludzi niegdyś karczowały lasy, orały, budowały tamy i mosty, przewoziły żołnierzy, królów i podróżników. Służyły akrobatom, walczyły na arenie, ścigały się na wielkich polach Ayutthai.

Dziś tajskie słonie są już na emeryturze - jak tłumaczył nam opiekun słoni w obozie pod Chiang Mai. Teraz nie pracują, a tylko bawią turystów. Jednak z 150 tys. populacji w ciągu ostatnich 100 lat ocalało jedynie ok. 2 tys. wolno żyjących słoni. Nie pomagają obozy dla słoni i programy ochrony - Tajlandia traci słoniowe zaplecze.

Kilka lat temu słonie "przegnano" z Bangkoku - wielkie zwierzęta tarasowały drogi i powodowały wypadki na ulicach. Władze stolicy nie tyle wygnały uciążliwe zwierzęta, co odsyłały cierpliwie jedne z najświętszych zwierząt w Tajlandii na północ, w rejony dżungli i turystycznego trekkingu. Do dziś jednak można spokojnie spotkać słonia na przedmieściach Bangkoku - w dzień pozuje do zdjęć, w nocy ukrywa się wraz ze swoim opiekunem przed policją...

Częściowo to właśnie ci naganiacze są odpowiedzialni za zanik fauny - bieda zmuszała ich niegdyś do podkradania słoniowego potomstwa. A ponieważ słonie maja mało dzieci... Kilka lat temu pod hasłem ochrony zagrożonego gatunku słoniami z tajskiej dżungli zainteresowały się australijskie ogrody zoologiczne, które mimo protestów tajskich obrońców zwierząt próbowały wywieźć z kraju osiem sztuk. Udało im się, co stało się okazją do nakręcenia filmu dokumentalnego. O tym, czy to dobra metoda ochrony zagrożonego gatunku, powinniśmy rozmawiać dalej...

Dziś Tajowie z dumą prezentują słoniową tradycję - każda tkanina, rzeźba, bibelot ma wzory ze słoniowym ornamentem. Tajskie słonie graja w football, tańczą, malują, grają na instrumentach - dla turysty wszystko. Często jednak słonie są traktowane brutalnie, a my, jako turyści nie wiemy gdzie oczy podziać.

Cóż z tego, że słoń ma skórę twardą i odporną na siniaki. Ma też wspaniałą pamięć. Całymi latami potrafi żywic urazę, jak tłumaczył nam opiekun słoni. Bywa też złośliwy i lękliwy. Jeśli w jakimś miejscu stanie się mu krzywda nigdy już tam nie wróci. Czy w takim razie Tajlandia zasłużyła na utratę swoich słoni...?

Czytaj więcej...

piątek, 27 lutego 2009

Mieszkać, ach mieszkać!


Ponieważ z natury jestem HistEryczna i każdy mój wpis prędzej czy później zbacza w tym kierunku, oczywiście naszło mnie na mały research...

I tak: 10 najdroższych domów na świecie wg. magazynu Forbes robi naprawdę duże wrażenie. Szczególnie informacja, że za nr. 1 można kupić na brytyjskim rynku 450 całkiem przyzwoitych willi. Nic tylko się dorobić i inwestować w nieruchomości z fosą i kinem domowym na 300 osób. Mamy jeszcze podgrzewaną drogę dojazdową od bramy do drzwi wejściowych. Zaraz, zaraz... Po co podgrzewać drogę?! Kryzys energetyczny, a koleś sobie chodnik wykłada grzałkami.

Idźmy dalej: Nr. 2 jest w Aspen i jest na sprzedaż. Nie umiem jeździć na nartach, więc sobie daruję. Poza tym - marne 15 sypialni i 16 łazienek (na wypadek, gdyby ktoś z zewnątrz wpadł skorzystać, a wszyscy lokatorzy już swoje zajęli).
Numer 3. należy do Donalda Trumpa, który stworzył go remontując były dom opieki. Zdolny człowiek.

Dalej już jest nie mniej ciekawie: szczyt wieżowca, 9 metrowy (na wysokość) pokój gościnny, basen ze szklanym mostem...

Ostatnio w Indiach niejaki Mukesh Ambani buduje sobie kolejny drogi domek za około (bagatela) 2 miliardy dolarów:


Każde z 27 pięter zbudowano z innych materiałów i ma zupełnie inny układ pomieszczeń. Wśród nich jest m.in. amfiteatr na 50 osób, baseny, sauny zimne i gorące, siłownia, ogrody, tarasy i inne takie gadżety. Pierwsze sześć pięter to parkingi na wszystkie rodzinne i gościnne samochody. Na dachu oczywiście lądowiska dla helikopterów. Łączna powierzchnia domu to ponad 37 tys. m2. A domek zwany “Antilla” będzie jednorodzinny, bo miliarder będzie mieszkał w nim tylko z żoną i trójką dzieci. O takim drobiazgu jak prawie 600 osób obsługi nie wspominając.

Porażające. Ale cóż, to są Indie właśnie.

A jeśli o mnie chodzi, to rezyduję od wczoraj na 15 piętrze porządnego, PRL-owskiego bloku w centrum Warszawy. Wartość tego mieszkania nie bije z pewnością żadnych rekordów, ale jest miło, ciepło i panorama piękna. Chociaż z ironia pisze o drogich rezydencjach, w głębi duszy, jak każdy z nas, zazdroszczę odrobinę. Może nie metrażu (sprzątanie!), ocieplanej drogi (rachunki za prąd!), basenu (rachunki za wodę!), czy 9 metrowej jadalni (jak to oświetlić!?). Ale WŁASNEGO domu daleko od zgiełku, na własnej ziemi, w idealnym zakątku. Może jednak zarobie te miliony i kiedyś mój dom wyląduje na takiej liście...?

^^
Czytaj więcej...

czwartek, 8 stycznia 2009

Do not be Evil po katolicku...

Do not be evil” – takie jest oficjalne motto pewnej znanej firmy internetowej. Firma ta uwielbia się chwalić świetną atmosferą pracy, dbaniem o zatrudnionych i rozdawaniem akcji własnej firmy wśród owych zatrudnionych.

Do not be evil – Nie wyrządzaj zła” pojawiło się w Google – bo o tej firmie mowa – w czasach jej najszybszego rozrostu, gdzieś w 2001 roku. W okresie, gdy przyrost pracowników sięgał kilkudziesięciu miesięcznie, starannie wypracowany klimat firmy zaczynał zanikać. Aby podtrzymać specyfikę pracy zwołano burzę mózgów. W burzy tej, padło wiele postulatów, jak podtrzymać „rodzinną” atmosferę, ale wszystkie dało się zamknąć w jednym zdaniu – Do not be evil.
Zaskoczyła mnie wiadomość, że właśnie takie motto ma firma Google. Nie bardzo pasuje mi ono do prób przejęcia kilku freewerowych przeglądarek, zgody na filtrowanie treści w chińskim Internecie, czy wszędobylskich reklam Googla. A teraz świat obiegła nowa informacja – Google wypuścił wersję wyszukiwarki dla katolików, wyposażoną w groźne filtry, preferującą strony katolickie i podające nam jedyne „słuszne” poglądy. Rozmaici internauci ruszyli do boju, udowadniając programistom z Googla, że ich filtry są jak pałac z zapałek. Owszem – nie da się w tej wyszukiwarce znaleźć żadnych powszechnie używanych inwektyw, a w pierwszych trzech wyszukanych adresach zawsze jest jakieś „church”, ale z sieci można wyłuskać kilka bardzo ciekawych złośliwostek. Po pierwsze – wpisując słowo „sex” narażamy się na bombardowanie stronami opisującymi skandale seksualne z udziałem księży. Po drugie – wyszukiwarka w miarę dobrze radzi sobie jedynie z językiem angielskim. Użytkownicy innych języków raczej na nią narzekają. Po trzecie – nie jest to ani nowość, ani rewolucja.



Polecam odwiedzić wcześniejsze przeglądarki (którym Google zresztą patronuje):
(oraz mały dodatek: WhatWouldJesusDownload.com)
Polskie, acz słabo działające: http://szukaj.katolicy.net/
Oraz inne:
I z pewnością inne… Chociaż bawi mnie pomysł urozmaicania Googla różnymi „wzorkami” z okazji świąt, rocznic, itp., to katolicka wyszukiwarka mnie trochę zniesmaczyła. A do tego – skoro i tak nie działa…



Tak na marginesie – Linuks miał system dla chrześcijan: Ichthux. Jest: JesOS™ The First True Christian™ Computer Operating System, a także GodTube, Gospelr, chrześcijański portal randkowy przeznaczeni.pl, itd…
A gdzie masoni i cykliści…?


Czytaj więcej...