Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2009

Chińskie błyskawice na uspokojenie

Dzisiejszy news, który mnie poruszył dogłębnie dotyczył chińczyków i elektrowstrząsów. A zainteresował mnie z kilku powodów.
Pierwszy jest merytoryczny - Chiny słynął z braku poszanowania godności ludzkiej. Być może dlatego chińscy lekarze pozwalają sobie na kontrowersyjne metody i testowanie w praktyce fantazyjnych pomysłów naukowych. Z drugiej strony jest to kraj, który wytworzył odrębną gałąź medycyny tradycyjnej, która po tysiącach lat nadal zadziwia swoją skutecznością. Starcie technologii z tradycją jest nieuniknione.

Drugi powód był mniej naukowy, bardziej emocjonalny - starcie tytułu z miałkością i nieścisłością newsa zwaliło mnie z nóg. Autor newsa zarobił moje kliknięcie, ale zarobił też obniżenie wiarygodności o kolejny punkt.

Nie od dziś wiadomo, że Chiny mają z Internetem prawdziwy problem – w kraju, gdzie liczba użytkowników sieci sięga 300 mln, około 40 mln spędza zbyt dużo czasu grając w internetowe gry. Skutki uzależnienia nie są banalne – utrata wagi, rozkojarzenie, nerwice, poważne zaburzenia snu… Nic dziwnego, że troskliwych rodziców, przerażonych widokiem swojego dziecka przykutego do komputera, nęci perspektywa szybkiego odwyku.
Także rozpisywanie się o metodach dr Yang Yonxina, który używa elektrowstrząsów i twierdzi, że: „Terapia prądem ma wytworzyć u pacjenta nieprzyjemne skojarzenia związane z komputerem.” Oczywiście elektrowstrząsy to nie jedyna metoda – psychoterapia, zajęcia sportowe, plastyczne, nawet akupunktura - pełna gama środków. Jednak świadomość, że dzieci poniżej 14 roku życia rażone są prądem o napięciu 30V trochę ogłusza.

Tyle merytorycznych przemyśleń. Teraz będę się czepiać rozmiaru dezinformacji wynikającej z tego newsa.
Na kilku portalach można znaleźć twierdzenia, że terapia Elektrycznego Doktorka przypomina nieco przystąpienie do sekty - absolutne posłuszeństwo, przysięga milczenia i drastyczne katy za wszelkie odstępstwa od reguł. Nie jestem w stanie ich zweryfikować, ale brzmią prawdopodobnie. Tyle, ze w newsie Wybiórczej nie występują. A szkoda - może wtedy łatwiej byłoby zrozumieć, czemu elektrowstrząsy groziły także za zamkniecie na klucz drzwi do łazienki. Przez chwilę myślałam, że Chińczycy postanowili nagle torturować dzieci za potrzebę intymności.

W każdym razie chińskie ministerstwo zdrowia zakazało elektrowstrząsów. Zapewne dopiero co dowiedziało się o pomysłowości lekarza i interweniowało w odpowiedzi na medialny szum. Tytuł newsa jednak sprawił, że oczekiwałam elaboratu od Amnesty International, oburzenia Baraka Obamy i protestów pod ambasadą. Jednym słowem - byłam przekonana, że Chiny oficjalnie uznawały tę metodę leczenia za odgórnie ustaloną.

Przekopiowanie newsa z agencji bez zmiany choćby jednego słowa już mnie nie dziwi w portalach informacyjnych. Dziwi mnie brak potrzeby zrozumienia, co się przeczytało. Przypomina to dobieranie okładki do książki, w sytuacji kiedy ktoś przeczytał pierwsze i ostatnie zdanie.
Dajmy na to: "-Rany boskie, matka! Co ci jest?!"
"Kiedy pytam ile ma lat, kiwa głowa i szepce: 'Dwa lata i osiem miesięcy. Tyle co Dayiel i Mia".
Przykładowa okładka książki - dzieci, mama, tragedia w tle. Nic bardziej mylnego.

PS:
Dla ułatwienia wyjaśnię, że cytaty pochodzą z książki Williama Whartona "W księżycowa jasną noc". Akcja książki dzieje się w czasie II wojny światowej. Jest w niej dużo wojskowych trupów, główny bohater ma galopującą dyzenterię, a "Matka" jest facetem.

Czytaj więcej...

czwartek, 12 marca 2009

Odkurzona "Ciocia Dobra Rada"

W ramach zasysania wytworzonej treści z likwidowanego bloga, przypomniałam sama sobie bardzo mądry własny tekst. A nawet dwa.

O narzekaniu, czyli:

Nie narzekaj częściej, niż chcą cię słuchać.
Wbrew pozorom jest to rada bardzo cenna. W moim życiu spotkałam się z wieloma reakcjami na narzekania. Oprócz "zamknij się", "zrzędzisz" i wielu innych teksów zaliczających się do kategorii "nudzą mnie zrzędliwi ludzie", istnieje wiele gorszych ludzkich reakcji na narzekanie. Reakcji, które z pozoru tylko wyglądają na to, ze kogokolwiek to narzekanie obchodzi.
Reakcja pierwsza: "Mnie jest gorzej"
Każdy z nas zna takich ludzi. Po kilku minutach znajomości zaczynamy się ograniczać do stwierdzeń monosylabicznych. Ale i tak osoba "Mnie jest gorzej" będzie potrafiła wyłuskać z odpowiedzi "Pogoda jest zmienna" czterdziestopięciominutową opowieść o butach, które rozkleiły się w trakcie nawałnicy i złośliwie zepsuły wymarzoną randkę, podczas gdy delikwent został uwiedziony przez podstępną kelnerkę, która (uważaj) była grubsza ode mnie...!
W zamierzeniu tej osoby, udowadnia ci ona, że twoje życie nie jest tak tragiczne - bo przecież "Mnie jest gorzej". Klasyk gatunku, nazywany potocznie "leceniem w bidulę".
Na wypadek, gdybyś należał/a do tego typu, pozwól, że sprostuję: NIE JEST MI LEPIEJ. Jestem zła, wkurzona, że odebrano mi miejsce w rozmowie, że zalano mnie potokiem informacji, których nie potrzebuję i nie chcę, że zamiast rozmawiać ze mną, robisz monolog oraz że uważasz moje "nieszczęścia" za nie warte wspominania... Lecenie w bidulę nikomu nie pomaga. Nie ma większych krzywd niż moje własne - mówi mądre przysłowie. Dlatego z pewnością nie masz gorzej...
Reakcja druga: "Myśl POZYTYWNIE"
Jest to formułka, która wzbudza we mnie czysta agresję. Zaliczają się do niej wszystkie stwierdzenia typu: "Nie przejmuj się -ciesz się życiem", "Znajdź pozytywne strony tej sytuacji", "Zignoruj to, na pewno jutro będzie lepiej". Stwierdzenia, wtrącane zanim skończysz pierwsze zdanie, dobitnie świadczące o tym, że słuchacz kompletnie nie chce wiedzieć co masz do powiedzenia. Na wszelki wypadek nie dopuszcza do siebie żadnej negatywnej myśli, bo przecież myślenie pozytywne i codzienna afirmacja zapewnią mu sukces... Ewentualnie z założenia ignoruje wszelkie problemy na drodze życia, poruszając się dobrze znanymi, przetartymi szlakami rutyny...
Co widzi optymista na cmentarzu? Same plusy. Tym uroczym dowcipem podsumuję pozytywne myślenie. Nie żebym była jego wrogiem, ale mamy równouprawnienie, zatem nie można dyskryminować myślenia negatywnego. Zdrowa porcja narzekań łączy ludzi i pogłębia więzi. Oczywiście, podkreślam, zdrowa porcja.... Nie chcemy przecież być osobą "Mnie jest gorzej"...

Reakcja trzecia: "Och jej! To straszne!"
Teoretycznie jest to reakcja jak najbardziej pożądana... Nic bardziej mylnego. Reakcja "To straszne!" zakłada, że zanim skończysz wypowiedź, twój słuchacz rozpłynie się we współczuciu, aż do poziomu w którym poczujesz się jak idiotka lub ofiara losu. Będzie ochał i achał przy każdym zdaniu, wyciągał całą masę czarnych scenariuszy z rękawa i szukał okazji, żeby uronić współczującą łzę. Jednocześnie będzie żywił przekonanie, że okazuje ci wsparcie, oraz że potrzebujesz jego rady... Jednym słowem "Och jej! To straszne!" to odwrotna wersja "Mnie jest gorzej" - im tobie jest gorzej, tym ja się czuję lepiej. Bo moje życie nie jest już takie beznadziejne.
Reakcja czwarta: "Powtarzasz się"
Reakcja jak najbardziej słuszna (jeśli faktycznie się powtarzasz), ale bywa wybitnie dołująca. Otóż ktoś ci właśnie udowodnił, że masz wyjątkowo beznadziejne życie i na dodatek sama jesteś beznadziejna, bo nic nie potrafisz z nim zrobić. A wszystko to zawarte w pogardliwym, ucinającym dyskusję i lekceważącym zdaniu...
"Powtarzasz się" uchodzi na sucho tylko w bardzo bliskiej przyjaźni - i w tym kontekście zdrowo jest go używać. Ja bym dodała jeszcze może takie skromne "Pomyślmy jak to na przyszłość naprawić. Co proponujesz?" i dużo słuchania. Wersja jeszcze bardziej zaawansowana jest dostępna tylko dla terapeutów albo osób, które znają sie 30 lat i minimum dwa razy pokłóciły się śmiertelnie i pogodziły dopiero po półrocznym roztrząsaniu wzajemnych win. (Jest to taka wersja, która zakłada maksymalne wkurzenie narzekającego - tak żeby zaczął wrzeszczeć co zrobi tym wszystkim wrednym ludziom i jakimi przedmiotami. A potem zazwyczaj wszyscy płaczą lub się śmieją, a narzekający diametralnie zmienia swoje życie.... Ale to tylko teoria. ^^)
Reakcja piąta (nie ostatnia):"No i?"
"No i" to moje słowo-miecz. Zawiera się w nim cała kategoria wkurzających retorycznych pytań. Nic tak ludzi nie rozbraja jak rzucone lekkim tonem "Serio?", "Czyżby?", lub "No co ty powiesz".
Jak płachta na byka. Niewielu znam ludzi, którzy potrafią "No i?" puścić mimo uszu. Albo rozwodzą sie jeszcze bardziej, do stadium, gdzie rani ich sam kolor butów agresywnego szefa, albo zatchnięci oburzeniem wybuchają świętym gniewem.
"No i?" jest straszną bronią i nie radzę go nadużywać. Jednocześnie ludzi którzy sami używają go na nas powinno się unikać jak ognia. Inaczej będziemy się czuli jak bohaterowie psychologicznego eksperymentu na temat złości, albo jak przedszkolak, który stuknął się w kolanko i z płaczem przyleciał do wychowawczyni po całuska w siniaczek. Zapomniał bowiem, zże to nie mama... A jak wiadomo - nie każdy musi się nami tak przejmować, jak mamusia.

^^


Temat drugi: Sterczące włosy - czyli koszmar z ulicy Wiązów o poranku.
W kwestii uczesania jestem 100 % kobietą... To znaczy nie ma dnia, żeby mi się podobało!!!
Ok. Spokojnie. Przyjrzyjmy się faktom.
Wstałam rano i odkryłam że:
A. Nawet jak nie myję włosów na noc (raz obudziłam się z lokami zgiętymi pod kątem prostym!) to one i tak zmieniają kształt pod wpływem poduszki...
B. Wyglądają tragicznie
C. Nie mogę się rozczesać
D. Jakim cudem one się w ogóle kręcą jak na nich śpię!!!???
E. I tak nie mam czasu się czesać, więc założyłam chustkę na łeb i czuję się jak łemkowska babuszka....
Dobrze. Spokojnie. Wdech-wydech. Co mogę zrobić...?
Długie włosy czy fryzurki na pazia, a może jeżyk 0,5 mm i rzucić czesanie w cholerę... Grrr.
Spróbujmy dokonać kalkulacji:
Długie
(czyli takie, które dadza się związać)
Zalety:
1. Można je związać, upiąć, itp., zamiast czesać i układać
2. Faceci to lubią
3. Można unikać kontaktów z fryzjerem
4. Ładnie falują (o ile ma co falować)
Wady:
1. Wkręcają się w suwaki
2. Włażą do oczu, ust, jedzenia, itp.
3. Masakra z rozczesywaniem
4. Łatwo tracą fason
5. Upał wymaga specjalnych środków (koków, kucyków i zabiegów tym podobnych)
6. Pod własnym ciężarem rujnują każdy skręt
Średnio długie
(czyli takie, które jeszcze włażą w oczy)
Zalety:
1. Dobrze podcięte same się układają (rzadkość)
2. Zakładam opaskę, spinki i mam z głowy fryzurę
3. Wieczorowa fryzura wymaga jedynie nażelowania
4. Łatwo się rozczesują
Wady:
1. Kręcą się z byle powodu
2. Mają tendencje do odstawania pojedynczymi kosmykami
3. Trzeba je często myć, bo tracą fason od czapek, deszczu, potu, gorąca, spania, chodzenia, oddychania....
4. Codziennie ta sama fryzura
5. Nadal wchodzą w oczy, tylko są za krótkie, żeby je wepchnąć za ucho...
Krótkie
(czyli takie, które są raczej szczecinką)
Zalety:
1. Nie trzeba tak często myć głowy
2. Żel nie wygląda głupio
3. Zero układania
4. Można pomalować na dowolny kolor
5. Nie zdefasonują się pod czapką
6. Zero czesania i modelowania
7. Wymagają mniej kosmetyków
Wady:
1. Wyglądam jak facet
2. Zimno w głowę
3. Nie pasują do sukienki
4. ???
 

I co ja mam z tym zrobić...
^^

Czytaj więcej...

Antyfeminzm jest przereklamowany

Ponieważ lubię swoje mini-felietony pisane w odpowiedzi na Diabelskie posty na moim równoległym blogu, linkuję go tu bezczelnie.

Bo jestem z niego bezczelnie dumna ;)
Moja wersja feminizmu

Cytuję:
Nie oczekuję, że facet rzuci mi się do stóp z pomocą, ale wierzę, że na bazie subtelnego flirtu i obustronnej wymiany feromonów, załatwimy tą sprawę nieco męcząco dla testosteronu, ale jakże przyjemnie dla męskiego ego. Bo feminizm - wbrew temu, co nam owe „babiszcze" wmawiają - nie zwalnia nas z prawa trzepotania rzęsami, omdlewania i flirtowania dla własnych korzyści. Kobiety były i będą manipulować facetami.
Polecam całość.
^^

Czytaj więcej...

piątek, 6 lutego 2009

"Wanna jest najlepszym przyjacielem kobiety"

To będzie post z cyklu "Ciocia Dobra Rada". Prowadziłam kiedyś takiego bloga w odpowiedzi na pewne żartobliwe dyskusje ze znajomymi (oraz własną nadczynność gruczołu doradztwa nieproszonego). Postanowiłam sobie przypomnieć ten eksperyment i sięgnąć po znany asortyment.
Dzisiaj więc o tym, co każda kobieta lubi najbardziej - luksusowy relaks (za grosze).

Kąpiel z pianką

Do ekwipunku luksusowej kąpieli zaliczają się oczywiście świece, lody (z braku takowych cokolwiek innego co lubimy jeść; wersja męska zakłada, że zamiast jedzenia powinni wykąpać kobietę ;P). Ekhm.

No więc świece rozstawiamy naokoło wanny. Lody w zasięgu ręki. Włączamy nastrojową muzyczkę, sięgamy po luksusowe kosmetyki i nakładamy tu i ówdzie, razem z maseczką ze świeżych truskawek lub plasterkami kiwi. Do kieliszka (najlepiej też luksusowego) nalewamy jakikolwiek płyn który na daną chwilę sprawia nam przyjemność (kilka razy dla mnie to był kefir...). Również stawiamy w zasięgu ręki. Bierzemy książkę i zanurzamy się w luksusowej kąpieli, koniecznie okraszonej luksusowymi solami i olejkami...

No i marszczymy się na rodzynkę minimum dwie godziny...

Po wyjściu z wanny luksusowo robimy tylko to, co nam sprawa przyjemność i oddajemy się sennym marzeniom w puszystej pościeli.
Poranek będzie nie ten sam.
W końcu małe przyjemności tworzą prozę życia.
Bo: Któż mnie lepiej dopieści niż ja sama...

A dla niecnych miłośników prysznica - piosenka z dedykacją :)





Czytaj więcej...

środa, 3 grudnia 2008

No i stało się - ku mojej radości i rozpaczy w jednym. Po upływie dekady od terminu oficjalnie osiągnęłam pełnoletność (poprzez oficjalną imprezę osiemnastkową).

Dlaczego te dokładane X lat temu mi się nie udało? Przyczyn było kilka - dom rodzinny, niezbyt zachęcający do hucznego świętowania, inne poglądy, inny charakter i w ogóle inne czasy. Ale tak sobie pomyślałam w głębi duszy - tańcząc salsę przy hiszpańskiej wersji przeboju Beatlesów - że w końcu mogę o sobie oficjalnie powiedzieć, że jestem dorosła. A to więcej niż stan wiekowy przeciętnego obywatela świata Zachodniego.

Spójrzmy prawdzie w oczy - jesteśmy bardzo dużymi dziećmi!

Oczywiście, jak na dziecko internetu przystało, zagooglowałam owo hasło "Dorosłe dzieci" i w pierwszej kolejności posłuchałam bardzo trafnej piosenki:



Tekst tutaj.

Zawsze zastanawia mnie, jak wiele o człowieku mówi jego pochodzenie, jego dzieciństwo. Określa skąd i jak daleko zaszedł do miejsca w którym stoi. Jak w starym buddyjskim przysłowiu: Wiem skąd przyszedłem, wiem dokąd idę, a więc wiem gdzie w tej chwili stoję. Ja obie te kwestie próbuję teraz rozwiązać, ale jedno wiem - gdziekolwiek zajdę, sama jestem za to odpowiedzialna. Pomimo trudnego dzieciństwa (DDA), zakrętów i różnych wypadków losowych sama odpowiadam za swoje życie. A to nie jest częste zjawisko - być może dlatego lubię się tym chwalić. Dzisiejsza rzeczywistość wychowuje ludzi uzależnionych od prostych, szybkich i pozbawionych odpowiedzialności rozwiązań. Słynny chwyt marketingowy "Tanio, szybko, sprawnie." jest zmorą codziennego życia. Jeśli nasze przyjaźnie, związki, relacje, doświadczenia nie są "tanie, szybki i sprawne" - tracimy zainteresowanie, odcinamy się, przestajemy próbować coś naprawiać. Szukamy nowej zabawki, która obiecuje, że: "tanio...".

Nie mamy w zwyczaju szukac samodzielności, wychodząc z założenia, że nasze "bezstresowe" wychowanie nakłada na naszych rodziców obowiązek ułożenia nam życia (" I żeby jeszcze było szczęśliwe! Pamiętaj mamo!". Przeczytałam niedawno anegdotę, która mnie do tego artykułu zainspirowała:

Przychodzi mi na myśl historia młodzieńca, który uparcie, rok w rok, przychodził do ojca z pytaniem, czy jest wystarczająco dojrzały, żeby opuścić dom rodzinny i zacząć własne życie. Odpowiedź była za każdym razem taka sama: - Nie, synu, nie jesteś jeszcze dojrzały.

I tak mijały dni, miesiące, lata. Syn wydoroślał, zestarzał się, a mimo to otrzymywał wciąż tę samą odpowiedź. Gdy ojciec znalazł się już na łożu śmierci, pełen żalu syn zapytał wreszcie, dlaczego ten zmarnował mu życie i nigdy nie pozwolił opuścić domu, założyć własnej rodziny. Dlaczego zawsze sądził, że nie jest dostatecznie dojrzały?

Odpowiedź była prosta: - Gdybyś był wystarczająco dojrzały, nie pytałbyś mnie o zgodę, sam podjąłbyś decyzję.
W artykule "Wszyscy jesteśmy niedojrzali" możemy przeczytać:

Kultura dziecinnieje, stając się pożywką dla wszystkich młodych duchem bez względu na wiek. Myszka Miki na koszulce dojrzałej kobiety czy 30 letni "chłopiec” przed PlayStation doskonale obrazują bilans kulturowych przemian.
Dalej następuje definicja pojęcia KUDULT - połączenie słów kid (dziecko) i adult (dorosły). Wspomniany w artykule syndrom Piotrusia Pana - aktualnie specjalistyczne pojęcie w psychologii - jest jednym z powodów, dla których nie zdecydowałam się jeszcze na życiowego partnera. Może faktycznie (jak stwierdza artykuł) współczesne mi pokolenie trzydziestolatków zrobiło sobie z początków dorosłej egzystencji rekompensatę za brak zabawek i czekolady w dzieciństwie. A może to komunizm wychował nas w przeświadczeniu, że odpowiedzialność powinien przejąć ktoś z wyższej władzy, a nam pozostaje jedynie rościć oczekiwania... Przekonanie, że "nam się należy", że "inni mają lepiej - pewnie nieuczciwie", że "albo będzie nam dane, albo się zbuntujemy" króluje w głowach trzydziestolatków, ale i późniejszy wiek nie stroni od tego poglądu. Jakkolwiek uważam, że los emeryta w Polsce jest nie do pozazdroszczenia i słusznie złości ich odbieranie im prawa do godnej starości, tak już roszczenia wszelkiego kalibru uważam za dowód zdziecinniałości.

Demonstracje, protesty, lamenty - to wszystko reakcje na poziomie pięciolatka. Dorosłe zachowanie zakłada postawienie warunków, przedstawienie naszego punktu widzenia na ich spełnianie - w tym, niestety możliwe metody osiągnięcia tego spełnienia, a na koniec konsekwentne egzekwowanie umowy. Jako społeczeństwo i jako dorosła jednostka jesteśmy do tego zdolni. A także zdolni jesteśmy do zaakceptowania cudzych ograniczeń i zadbania samodzielnie o nasze potrzeby. Może i świat nie jest uczciwy, ale to od nas zależy, co w nim możemy zmieniać...

Z drugiej strony - mamy wiele powodów, żeby uciekać od dorosłości. Pierwszym z nich może być fakt, że wyrwała się z jasno określonych ram i faluje przed nami na wietrze konsumpcjonizmu i infantylizmu naszej codzienności. Prawdziwa miłość po prostu się romantycznie zdarza, zamiast być efektem dojrzałego wyboru i - przyznajmy to szczerze - ciężkiej pracy nad rozwojem własnym i nad związkiem. Jednak romantyczne komedie kreują w nas przeświadczenie, że jeśli pojawiają się trudności, to miłość nie jest prawdziwa i pełna - bo miłość, to źródło niegasnącego uczucia szczęścia, a nie brudne skarpetki, codzienne zmęczenie i nieuniknione życiowe konflikty. Tak samo fortuny, sukcesy i inne rzeczy o których marzymy w skrytości ducha możemy w każdej chwili wygrać lub cudem osiągnąć, zamiast ciężko i długotrwale wypracować - takie "od zera do bohatera". Zniknęło społeczne przekonanie, że miarą dojrzałości jest jakość i skuteczność naszych dokonań. Że rodzina, status i majątek wynikać muszą z naszego trudu, a nie z chwilowego kaprysu losu. Wolimy czekać na cud, na wymarzonego księcia lub szóstkę w Lotto, niż zakasać rękawy i przejąć ODPOWIEDZIALNOŚĆ za własne życie. Ja sama wciąż oglądam się za siebie w trudnych chwilach, marząc, że ktoś mnie "uratuje" - zabierze wszystkie problemy, pokocha i ułoży na miękki puchu do końca życia.


Wiele mogłabym napisać o moim rozczarowaniu dorosłością - wygląda na to, że jest to miejsce dość samotne i trudne do obronienia. Powinnam chcieć pieniędzy, zabawek, zaspokajania próżności, zależałych dziecinnych potrzeb i wygórowanych oczekiwań. Za sam fakt że jestem nie należy mi się wszelki komfort życia - świat jest w tej kwestii dość sprawiedliwy. To jaka jestem określa co dostaję, Jeśli żyję dziecinnymi iluzjami, nie dostaję nic realnego - tylko zabawki, poczucie oderwania od rzeczywistości, płynięcia na fali, odurzenia.
Dorosłość stawia mnie na pewniejszym gruncie - wśród ludzi, których mogę realnie chwycić za rękę, kiedy mi źle lub się boję, w świecie możliwości, które pozwalają mi samej kształtować swój los, w świecie namacalnych osiągnięć i realnego uczucia szczęścia. Czasem to szczęście wydobywa ze mnie beztroskie dziecko - ale tylko dlatego, że jako dorosły troszczę się o tą część siebie, tworząc jej bezpieczne warunki do bycia dzieckiem. Bo jedyne co łączy nasze dorosłe dzieci to wspólny strach przed okrutnym światem, który nigdy nie pozwolił im poczuć się bezpiecznie. Więc jak my sami - jako dorośli - możemy zapewnić komukolwiek bezpieczeństwo?

Cóż, próbujmy.

Czytaj więcej...

poniedziałek, 17 listopada 2008

Epitafium dla poprawnej polszczyzny...


Moje boje o język polski zmęczyły mnie i zniechęciły. Kopię – mocno skruszoną i nadgryzioną zębem nieprzyjaznej semantyki – chowam głęboko do szafy. A to dlatego, że zamiast tego:
Mamy to:



Wiem, że to mocno po czasie, ale dopadła mnie refleksja – normalnie udziela mi się. Jasny gwint, lelum polelum – udziela mi się rynsztokowa retoryka! Może za dużo czasu spędzam w dziwnych towarzystwach ludzi, dla których inwektywy to powszechnie akceptowana forma przecinka. A może odezwała się we mnie dusza buntowniczki, która nie chce już być dobrze ułożoną dziewczynką. Klnę jak szewc, jednym słowem!


I to nie tylko wtedy, gdy jest to w pełni uzasadnione – w ogóle, za dużo przeklinam, ciągle. Jeszcze zacznę mówić „fajnie” i to będzie już koniec. Lelija biała, sztywne mankiety i dębowa skrzynka pod murawą… Zginie moja troskliwie pielęgnowana miłość do wierszy Kofty, dykcji Przybory i poczucia humoru Michnikowskiego czy Kobuszewskiego. Zginie podziw dla prostoty języka u Terakowskiej, elokwencji Hanki Bielickiej, czy nienagannego błysku oka Ireny Kwiatkowskiej. Umrze wyhodowane na Kabarecie Starszych Panów, Dudku i Dialogach na cztery nogi głębokie uczucie do poezji absurdu i urody dwuznaczności języka… Zostanie mi jeno „za****cie fajnie ”…
Ja chcę śpiewać:

„Bo we mnie jest seks, co pali i niszczy
Tysiące już serc, wypalił do zgliszczy…”

Ja chcę spotkać na swej drodze poetę jak Kofta, co by mi językiem Przybory (czysto polskim wierszem) pisał jak dojechać do Centrum Handlowego Janki, chcę przy herbacie i z wdziękiem, jak Hanka Bielicka zachwalać proszki na wątrobę i bez zażenowania opowiadać (jak Holoubek), jak mi garderobiana przyklejała uszy taśmą klejąca, bo się nie mieściły pod peruką…
Czasem mój smutek rozwiewa się, gdy młodzi ludzie (tacy co jeszcze mają lat -naście) nienaganną polszczyzną zachwalają walory swojej koleżanki Ani, nie używając przymiotników powszechnie używanych za obraźliwe, a jedynie zabawnych gier słów w jakie obfitują inteligentne gwary młodzieżowe. Otóż Ania jak się ucieszy ma: "Taki błysk w sobie, jakbyś z halogena pstryknął diamencik". Niekiedy: "Rzuca takie słówka, że to nie wiesz czy zabrykać, czy się położyć Gołotą". I ma tą zaletę, że: "Żadnych dodatkowych gadżetów nie wymaga - jakbyś miał full wypas z gwarancją na całe życie".
W takich jakże odosobnionych momentach czuję, że jest jeszcze jakaś szansa dla polskiego języka. Może ci ludzie czytają książki? A może ich też nudziło bombardowanie ludźmi nijakimi, których jedyną wyrazistą cechą jest absolutnie pozbawione wyrazu słownictwo...

Oby, moi drodzy. Z całego serca - oby!

A na pożegnanie - mój faworyt ^^ Moje motto życiowe i majstersztyk literacki. Ladies and Gentleman, and all people between this two kinds...

Oto TANIE DRANIE


Czytaj więcej...

wtorek, 28 października 2008

Prawo do Orgazmu



N
apotkawszy w swym życiu kulturalnym taką oto piosenkę (dzięki serdeczne dla Wiewióra za inspirację), postanowiłam przyjrzeć się bliżej tematyce. W końcu Orgazm (duża litera zamierzona, w odróżnieniu od orgazmu, który bywa czasem udawany) jest w życiu, nie tylko seksualnym, bardzo ważny. Ale na przyjemny początek postanowiłam rozejrzeć się po sferze intymnej.


Nie tak dawno temu obiegła świat informacja, że Ekwadorska deputowana Maria Soledad Vela chce wpisania prawa do orgazmu do konstytucji swego kraju. Powody są liczne – po pierwsze szowinistyczne traktowanie kobiet jak sprzętu domowego, czy świadome ignorowanie ich potrzeb (słynne „zarobił swoje w trzy minuty, a potem odwrócił się na drugi bok i zaczął chrapać”). Takie niezadowolone z pożycia kobiety mogłyby, zgodnie z pomysłem tejże deputowanej, dochodzić swoich praw do orgazmu sądownie. Jaka byłaby kara za łamanie prawa do kobiecego orgazmu – tego gazety nie podawały.

Abstrahując od tego dziwacznego skądinąd pomysłu, prawo do orgazmu stało się hasłem marketingowym stulecia. Każda okłada kobiecego (i nie tylko) pisma krzyczy do nas o technikach seksualnych, które jego i mnie doprowadzą do szaleńczej rozkoszy. Tylko po co?

Badania mówią, że w Polsce około 11 procent aktywnych seksualnie kobiet nie przeżywa w ogóle orgazmu. Dlaczego? Głównie dlatego, że nie wiedzą jak. Świadome swojego ciała kobiety nie polegają na telepatii partnera, tylko wyjaśniają o co im chodzi. Z drugiej strony – wyścig o to, która głośniej krzyczy, mocniej drapie i częściej płacze zdominował dyskusje o równouprawnieniu. Po co nam feminizm, jeśli nie mamy za każdym razem orgazmu? – zdają się pytać owe tajemnicze gazety „dla kobiet”. I tu z pomocą przychodzi Internet.

Czasem zdarza mi się wpaść na dobry artykuł na serwisach religijnych. Ostatnio temat seksu pojawia się i na nich. Przyjrzyjmy się pewnej wypowiedzi na serwisie www.opoka.org.pl:


Gdy zaczęto mówić o prawie kobiety do zadowolenia ze współżycia seksualnego, utożsamiono je z prawem do orgazmu. Po prostu przeniesiono na kobiety model przeżywania aktu małżeńskiego przez mężczyzn! (Niektórzy współcześni seksuologowie mówią, iż stało się tak dlatego, że na początku nauką tą zajmowali się wyłącznie mężczyźni). Wyrządzono przez to dużą krzywdę wielu kobietom, wprowadzając je w zupełnie niepotrzebne kompleksy i frustracje.
Trafnie, czyż nie?! Nie zgadzam się z tezą, że muszę mieć orgazm. Wolę mieć satysfakcję – bo w przeciwieństwie do seksu u mężczyzn, u kobiet nie jest to tożsame (acz jedno i drugie bardzo przyjemne). Jak każda kobieta, która swoje życie intymne traktuje poważnie wiem, że orgazm jest w seksie sprawą drugorzędną po, nazwijmy to: emocjach (sic!). Owszem – nie zaprzeczę – jest w seksie rzeczą najfajniejszą szczytowanie, o ile towarzyszy całej reszcie smaczków intymności… Podobno im częściej kobieta ma orgazm ze swoim facetem, tym mocniej się zakochuje. Dlatego popadamy w uczucia do facetów z którymi usiłujemy „tylko sypiać”. Jeśli są otwarci na nasze potrzeby i „dobrzy w te klocki”, to po prostu ich za to kochamy. I tutaj, w moim research’u internetowym dotarłam do ciekawego artykułu o seksie w islamie. Otóż:


"Zalecane jest, aby mężczyzna pieścił kobietę przed stosunkiem, aby ją podniecić tak, aby miała ona tyle samo przyjemności ze stosunku jak on... A jeżeli osiągnie szczyt przed nią, niewskazane jest, aby zakończył stosunek zanim ona osiągnie szczyt..., gdyż może to jej szkodzić i uniemożliwić zaspokojenie jej pragnienia".

Ibn Qudamah (rahimahullaah)

Nikt nie powinien posiąść swojej żony jak zwierzę; niech na początku swoją rolę odegra posłaniec. Zapytali Mahometa: ‘A co jest tym posłańcem?’. Mahomet odparł: Pocałunki i słowa".

Mahomet


Czemu ludzie zachodu wierzą, że w Islamie nie ma miejsca na seks? Czy noszenie zasłony i skromność muzułmanek zaprzecza ich prawu do orgazmu? Oczywiście, rozmaite odłamy tej religii skupiają się na mnożeniu zakazów, ale Koran bardzo dokładnie określa prawo kobiety do przyjemności i komfortu w życiu seksualnym. Dyktuje prawo obu stron do wzajemnego szacunku, szeroko otwiera bramy do eksperymentów (acz nie na oścież…) i pozwala uczyć się siebie nawzajem.

Orgazm w życiu intymnym to nie jedyna forma satysfakcji jaką mogę mieć na co dzień.


Każdy ma prawo do orgazmu, / orgazm to fala entuzjazmu. / Każdy ma prawo do orgazmu, / orgazm wyzwala od marazmu.”


Hmmmm… A co jeszcze w życiu sprawia, że krzyczę z radości? Wszystko, co mi sprawia przyjemność. Jak to się mówi – jest orgazmiczne?

^^


BTW: Żeby nie było - wszystkim życzę orgazmu w życiu intymnym, zawodowym, rodzinnym i po prostu w Życiu. ;)

Czytaj więcej...

czwartek, 16 października 2008

Taniec - międzynarodowy jezyk przyjaźni wystukiwany nogami.... - J.Kofta

Ten cytat z "Fachowców" jest dla mnie synonimem przyjemności obcowania z tańcem... uwielbiam tańczyć, szczególnie tańce typowo kobiece – bellydance, salsę, tańce indyjskie. Czuję się w tańcu sobą, kobietą, osobą szczęśliwą i gotową na wiele. Niezmiennie czuję się też obserwowana, wystawiona na sprzedaż i oceniana. (Ale to już nadprodukcji przysadki mózgowej, którą i tak wytrwale ignoruję.)
A ten pan jest moim chwilowym idolem!


:)

Historia Matta jest prosta – pracował kilka lat, zarobił dużo pieniędzy i zaczął zwiedzać świat.
W każdym odwiedzonym miejscu kręcił filmik na którym tańczył… I każdy w tle tańczył razem z nim.
Dla mnie to dowód, że wciąż można wymyślić coś unikalnego, ciekawego, ujmującego i naprawdę dającego radość bez używania wybuchów, animacji komputerowej czy skomplikowanych chwytów marketingowych.
Taniec jest przesłaniem uniwersalnym. A ci, którzy się znają (albo i nie, akurat tutaj to bez różnicy) zauważą, że Matt w zasadzie nie umie tańczyć. A oglądalność ma lepszą niż
Taniec z Gwiazdami… ;)




Czytaj więcej...

środa, 15 października 2008

Sceny z życia smoków


Wincenty podrapał się po głowie. Głowę miał niewielką i całkiem łysą. Oba smoki były tłuste, z dużymi brzuchami i gdzieniegdzie wyrastały im kłaki zielonych włosków, a na brodach miały brodawki. Każdy z nich miał zawieszony na szyi termos z zupą ogórkową.”

"Sceny z życia smoków" Beaty Krupskiej (tu pełny tekst bajek)to moja najukochańsza książka z dzieciństwa. Żaba i zupa ogórkowa, oraz łysy pies z saksofonu towarzyszą mi całe życie. Toruński smok i tytuł, jakim obdarzyłam zdjęcie poniżej bloga świadczą same za siebie. Smoki są i pozostaną w moich myślach.
Uprzedzam, że zrozumienie tego tekstu wymaga znajomości książki (a uważam, że nie ma na nią ludzi za starych ;D).

„Na polanę wszedł smok. Miał różową grzywkę, długie fioletowe włosy związane na karku w ogonek, na szyi termos, a na ramieniu saksofon. Był spocony i bardzo niezadowolony. Spojrzał na oba smoki leżące w cieniu i spochmurniał jeszcze bardziej.
- Ile jest 36 razy 36? - zaryczał ponuro.
- Nie wiem - bez namysłu odpowiedział Antoni.
- Tak, on nie wie naprawdę - dodał Wincenty Smok.
- Dobra odpowiedź - zagrzmiał z zadowoleniem trzeci smok, usiadł na trawie obok nich i zaczął grać na saksofonie. Po chwili przerwał i powiedział: - Możemy zostać przyjaciółmi. Zawsze przerażały mnie smoki, które wiedziały, ile jest 36 razy 36. Taką wiedzę uważam za dowód braku wyobraźni.
- Ale my nie mamy wyobraźni - zaprotestował Antoni. - Nie potrafimy sobie wyobrazić niczego, czego nie zobaczymy lub nie pomacamy.
Trzeci smok pograł przez chwilę na saksofonie, a potem zapytał:
- A możecie sobie wyobrazić moją muzykę?
- Tego nie trzeba sobie wyobrażać. Przecież ją widać - mruknął Wincenty Smok. - Jak zaczynałeś grać, to było widać pomarańczowe motyle skaczące po grubym, miękkim materacu, potem zielone nietoperze opalały się w hamakach, a na końcu przyleciał Łysy Pies, zakaszlał, wypił butelkę oranżady i zaczął się głośno śmiać, i wtedy wszystko zniknęło.
- To prawda, tak było - potwierdził Antoni. - Sam widziałem.
Trzeci smok poderwał się na łapy, skłonił głowę tak gwałtownie, że mu się różowa grzywka rozwiała nad czołem i powiedział:
- Nazywam się Smok Zygmunta i mam zamiar zostać waszym dozgonnym przyjacielem, czy tego chcecie, czy nie.”

Smoki są... smokami. W tej historyjce nie symbolizują niczego. Są sobą - i to sobą indywidualnym. Na kanwie tej indywidualności umieją się spotkać i porozmawiać. I tyle, jeśli chodzi o jakieś dydaktyczne głębie.
„- Dobra odpowiedź - stwierdził Smok Zygmunta i zaczął grać na saksofonie. Tym razem Łysy Pies pojawił się tylko na chwilę, ale zobaczywszy groźne spojrzenie Antoniego, zaraz zniknął. Na jego miejsce przybiegły myszy z różowymi brzuszkami, ustawiły się w pary i zaczęły śpiewać kołysanki. Kołysanki były tak piękne, że smok Antoni i Wincenty Smok od razu usnęły. Smok Zygmunta grał dalej, po chwili pojawił się znów Łysy Pies, tym razem pewny siebie, bo Antoni spał. Przyniósł ze sobą grzebień i zaczął czesać śpiewające myszy. Gdy uczesał już wszystkie, Smok Zygmunta przestał grać, wszystko zniknęło i Smok Zygmunta zasnął. Łysy Pies co chwila wysuwał łeb z saksofonu i ciężko wzdychał, żeby pokazać, że jest mu bardzo smutno. Stary dąb szumiał nad smokami, a jego liście wyglądały jak zielone nietoperze.”

To, co mnie ukształtowało poprzez te opowiastki, to niesłychany poziom abstrakcji i pewien sposób myślenia. Smok Antoni z zupą ogórkowa w termosie na szyi, jazzowy Smok Zygmunta, Żaba w sukience, Chenia w koronkowym żabocie, Łysy Pies mieszkający w saksofonie.... Moja wyobraźnia i rysunki Lutczyna (bo nie uznaje nowej wersji graficznej z 1998 roku) zbudowały obraz smoków, z którymi chce się spędzać czas. Indywidualności, ale i outsiderów. Czyli ogólnie rzecz biorąc – typów, którymi zawsze się otaczałam. Z biegiem lat wracałam – już jako poważny historyk, dorosła (sic) osoba – do scenek i czytałam je z niemniejsza przyjemnością (choć dziś wydają się krótsze). Kurcze! Przecież smoki tak naturalnie zaakceptowały żabę, która była nieznośna, zakompleksiona i złośliwa. Więcej – potrafiły do niej zagadać w taki sposób, że całkiem sensownie się z nią rozmawiało! Chenia pozbyła się manieryzmu, a Łysy pies w końcu polubił Antoniego… Całkiem jak w moim życiu.

Znalazłam swoje smoki. Naprawdę poczułam ulgę, bo myślałam, że to ze mnie taka Żaba niekumata jest, a to tylko byli niewłaściwi ludzie ;) Czasem będę o nich pisać, bo są ważne, te moje smoki. Nie są outsiderami, bo smoki Krupskiej też nie były. Po prostu należały do innego świata – świata smoczych zasad, łysego psa i zielonych nietoperzy. Mojego świata. Bo nie zgadzam się na świat popkultury jaki mnie otacza – jestem jak Smok Zygmunta – wolę nie wiedzieć ile jest 36 x 36….



Czytaj więcej...

wtorek, 14 października 2008

Literackie CV - trzy słowa

Lubi poziomki

bo są czerwone

jak nos popa w zimowy poranek

gdy cerkiewny mróz

owiewa chorały

w ich dialogu z ikonami.”


Ten wiersz napisałam w pracy po odebraniu pierwszego maila od mojego nowego wykładowcy. Dostaliśmy zadanie napisania swojego literackiego CV. W wyznaczonych podyktowanym formularzem ramach mieliśmy określić skąd pochodzimy, co reprezentujemy i co jest ważne. Krytyka – a w zasadzie ocena tego co napisałam – zamknęła się dla p. Wojciechowskiego w trzech słowach: poziomki, cerkiew, dialog.

Dlaczego te trzy? Nie wiem. Ale wiem, że są ważne. Jednym słowem - utrafił. Teraz mogę się im przyjrzeć.

Poziomki.

Słowo które jest dla mnie synonimem jedynego ciepłego wspomnienia z dzieciństwa. Tata. To były góry stołowe, Rościszów, pensjonat i rezerwat przyrody. Codziennie na śniadanie tata zrywał mi na zboczy poziomki. Jedyny raz byłam tak szczęśliwa. To też moje jedyne zdjęcia z dzieciństwa… Jedyne jakie mam.

Poziomki do dziś kojarzą mi się z czymś ważnym, z jakąś celebracją i wewnętrznym szczęściem. Są też luksusem i czymś, o co trzeba się starać i drogo kosztuje. Ot, synonim mojej trudnej relacji z tatą…

Cerkiew.

Dlaczego cerkiew? Nie wiem. Ot tak o niej napisałam – spokój i mistycyzm cerkiewnego wnętrza bardzo mnie zawsze poruszał. Cerkiew jest strojna, ceremonialna, ale i mistyczna, duchowa, bardzo emocjonalna. Wychodzi poza ramy odtwórczej religii i skłania się ku duchowemu doświadczaniu.

Kiedyś czytałam, że spowiedź prawosławna odbywa się pod chustą – pop zakrywa mnie i siebie kawałkiem materiału i zadaje pytania: czy zgrzeszyłeś tak a tak. A ja odpowiadam sobie i Bogu. Nie ma rozgrzeszania, „idź i nie grzesz więcej”. Jest wewnętrzne pojednanie z własną winą, może też decyzja jak naprawić zło i uniknąć go na przyszłość. Wszystko jest pomiędzy mną a Bogiem, a duchowny pośredniczy jedynie symbolicznie. Dużo bardziej przemawia do mnie spowiedź w której żaden człowiek nie poddaje mnie ocenie przez pryzmat własnych ograniczeń.

Może dlatego cerkiew – szukam w Religi mistycyzmu i duchowego doświadczenia.

Dialog.

Dialog jest formą poznawania drugiego człowieka. Uważam, że dzisiejszy świat za dużo mówi, za mało słucha. A bez słuchania nie ma dialogu. Wiem, bo też nie umiem słuchać. Pratchett napisał kiedyś, że ludzie nie wychylają nosa poza swoją głowę, a największym szaleństwem nie jest umysł pełen tajemniczych głosów, ale umysł w którym odbija się tylko jeden głos – mój własny. Niezbita pewność o słuszności mojego zdania jest największym z możliwych szaleństw. Tak musiał postrzegać świat Hitler i Stalin. Widzieli tylko swoje racje, nie potrafili rozmawiać.

Dialog to wymiana myśli i emocji. WYMIANA. Czyli bez oceny, bez lęku i manipulacji. Druga strona musi mieć szansę na odpowiedź, a więc oboje muszą sobie zrobić w tym dialogu miejsce. I może to jest podstawowa trudność – ludzie są tak przyzwyczajeni di kultu indywidualności, że w ich świecie jest miejsce dla nich samych i nikogo więcej. Nigdy się więc z nikim nie spotykają, niczym nie dzielą, a tylko walczą o coraz większe tereny dla siebie.

Mniej wybuchów, więcej dialogów – tak bym napisała historię cywilizacji ludzkiej.

Rozmawiajmy.


Czytaj więcej...