Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2011

Rzeczywistość nas rusza - Reporterzy bez fikcji Agnieszki Wójcińskiej

Pamiętacie te klasówki z polskiego z jednym tylko pytaniem: „co autor miał na myśli?”. Nie znosiłam tego pytania. Ja nie wiem, co on myślał. Ja tylko wiem co czytam. Niedawno Wisława Szymborska dla zabawy napisała maturę: za analizę swojego własnego wiersza dostała tróję. Zabawne, prawda? A przecież żaden autor nie zapyta czytelnika pochylającego się nad pierwszą wersją tekstu: „Skończyłeś? To powiedz mi, co ja myślałem”. Jednak czasem autor może mieć ochotę się wytłumaczyć. Ale wtedy to nie jest już analiza tekstu, tylko wywiad.

...
Czasem mam wrażenie, że literatura faktu odpowiada głównie na naszą potrzebę zetknięcia się z prawdą. Nie wierzymy już nikomu – politykom, reklamie, gazetom, telewizji. - Żyjemy w kłamstwie rozpowszechnianym przez tych, którzy kłamać nie powinni – komentuje choćby Wojciech Jagielski. Współczesnego dziennikarstwa nie lubi, ale się nim zajmuje. Z tym, że nie stara się czytelnikowi przypodobać. Nie pisze o tematach modnych, marketingowo skutecznych. Więc dlaczego jego książki tak dobrze się sprzedają?
...

Cały tekst dostępny na portalu MojeOpinie.pl

Czytaj więcej...

czwartek, 12 maja 2011

Tytułowy Most Galata spina dwa brzegi Istambułu: ten islamski, turecki, tradycyjny i ten europejski, „nowoczesny”, obcy i teoretycznie wolny od ograniczeń islamskiej kultury. Geert Mak zwyczajnie usiadł w mostowej herbaciarni i słuchał: wędkarzy, handlarzy, żołnierzy, złodziei, turystów.


„Świat zachodni prawie nie zdaje sobie sprawy z tego, że wszechogarniające uczucie, które ludzie muszą przezwyciężać, nie tracąc przy tym zdrowego rozsądku, nie dając się uwieść terrorystom, skrajnym nacjonalistom lub fundamentalistom” – pisał Orhan pamuk, na którego kronikarskie doświadczenie Geert Mak często się powołuje. W opowieściach handlarzy z mostu jest pewien schemat: ze wsi do miasta, z biedy w ciężką pracę i…nie mniejszą biedę. Trochę mam za złe autorowi tego reportażu, że „Most” jest tak ciepłą i lekką historią.

Recenzja książki Geert Mak, „Most”, wyd. Czarne. na portalu MojeOpinie.pl

Czytaj więcej...

niedziela, 20 marca 2011

Depresja dziennikarza - Recenzja książki Bernarda Pouleta „Śmierć gazet i przyszłość informacji”



Książka opowiadająca o powolnej agonii zapotrzebowania na prasową informację jest dla dziennikarza lekturą mocno depresyjną. Dodatkowo podsyca niechęć do „wujka Google”, wzmaga pomstowanie na dyktaturę tłumu i degradację odbiorcy. Internet staje się czarną dziurą, która stopniowo pochłania kulturę w znanej dotychczas postaci. Ta książka naprawdę irytuje. Głównie dlatego, że Poulet ma rację.



 "W świecie kreacji wizerunku, awatarów, platform i społeczności „Drugiego Życia” trudno oprzeć się wrażeniu, że powoli zaczynamy rozmawiać sami ze sobą. Przejawem interaktywnego egocentryzmu są dla Pouleta na przykład blogi. Nawet systemy komentarzy rzadko służą tam wymianie informacji. Odpowiadają najczęściej na potrzebę autoprezentacji, pewnego ekshibicjonizmu, tak że w skrajnej sytuacji łatwo wyobrazić sobie, że „każdy miałby swój blog i rozmawiałby tylko ze sobą”. Czyżby Poulet sugerował, że jedyne informacje jakie będą w przyszłości interesować czytelnika będą dotyczyć jego samego? Czy zawód dziennikarza z dostawcy informacji ewoluuje w kierunku tłumacza rzeczywistości?"

Cała recenzja dostępna na portalu MojeOpinie.pl

Czytaj więcej...

czwartek, 3 lutego 2011

„Konklawe” - romans łotrzykowski na jeden wieczór

Weźmy młodego kawalera ze szpadą, dodajmy gorące romanse i wątki zbójeckie. Szczypta kościelnej intrygi i dalekie podróże po miastach Europy. Przepis na sukces, czy ekspresowa książka do przeczytania w jednej wieczór? Podobno Stephen King sam siebie nazywa McDonald’sem literatury. Ma jednak raczej na myśli ilość, nie jakość. Całkiem rozsądne założenie.

Osiemnastowieczne Włochy. Młody kawaler Riziero z Pietracuty zostaje wezwany do Rzymu przez swojego brata Oliviera, wysokiej rangi urzędnika kościelnego. Najmłodszy syn włoskiego arystokraty, były żołnierz, jeszcze wcześniej beztroski student, zostaje powołany do urzędniczej służby. Jako asystent Rewizora Ksiąg monsiniora Van Goetza spędza długie, nudne godziny przekładając papiery na biurku w Pałacu Apostolskim lub przechadzając się po rzymskich ulicach z kapeluszem i laską. Jako jedyny świecki pracownik w urzędzie Riziero jest po trochu wyrzutkiem, po trochu eksponatem. Tymczasem umiera papież Klemens XII, a Rzym staje się miejscem jednego z najważniejszych wydarzeń w życiu Kościoła; Konklawe.

Chociaż tytuł książki krótko i zwięźle wiążę fabułę opowieści z tym wydarzeniem, konklawe jest dla Battistelliego tylko pretekstem do zamordowania jednego z bohaterów. W ten sposób kawaler Riziero może przystąpić do śledztwa, które kluczyć będzie między najświetniejszymi miastami Europy a dworskimi intrygami w papieskiej kurii. Nie zabraknie ani młodego złodziejaszka, ani tajemniczego zbójcy, ani pochodzącego ze wschodu szpiega, ani nawet uwodzicielskiej aktorki czy masońskiej loży. Pomimo tak wielu różnorodnych elementów – fabuła jest dość powolna. Winię za to styl pisarza, ponieważ trudno wartko płynąć z akcją, gdy opisy urzędowej hierarchii przewyższają nad opisami malowniczych Włoch czy Wenecji. Detalicznie odmalowane postacie drugoplanowe pozostają dla młodego detektywa jedynie narzędziem w niezbyt trudnym śledztwie. Z tego choćby powodu czytelnik nie ma okazji się do nich przywiązać, ani poznać je choć odrobinę. Jedynym liczącym się wątkiem jest tok myślenia kawalera z Pietracuty, który doprowadzi go w końcu do niezbyt satysfakcjonującego rozwiązania. Wszystko inne jest słabo zarysowanym tłem.

Do lektury „Konklawe” przystąpiłam z zapałem. Kościelne intrygi, kolorowe włoskie ulice i młody kawaler ze szpadą. Książkę czyta się lekko i szybko, niemniej jest to lektura „do autobusu”, a nie na wieczorne posiedzenie z herbatą, gdy wchłania się wzrokiem każdą literkę. Cóż – pojedynków jak na lekarstwo, włoskie ulice wydają się puste martwe, a romanse... Wątek romansów jest sprawą zupełnie odrębną. Osiemnastowieczna kobieta w opisach Battistelliego jest w zasadzie bezwolnym narzędziem w rękach mężczyzn. Nie przemawia przeze mnie feminizm (przynajmniej nie za bardzo). Raczej daje upust ogólnemu wrażeniu, że erotyczne opisy relacji damsko męskich czerpią zbyt wiele z „różowych” romansów. „Odwróciła się i stanęła na czworakach. Wspaniałości jej pośladków ukazały się oczom Riziera jak dwa księżyce w pełni, pokazywane przez astronoma, którego luneta oszalała” – możemy wyczytać z powieści Battistelliego. Ponadto właścicielka tych pośladków, wysoko urodzona arystokratka w pełni wieku, odgrywa ciekawy monodram wodząc młodego kawalera na pokuszenie. Następnie – pomimo, że Riziero zapomina o niej już następnego ranka – kilka tygodni później zupełnie bez zająknięcia załatwia mu rekomendacje u bliskiego przyjaciela. Czy tak zachowuje się nieco rozpustna, rozpolitykowana matrona? Trudno mi uwierzyć, że nie domaga się niczego w zamian.

Fabrizio Battistelli jest socjologiem, naukowcem, rządowym ekspertem i autorem specjalistycznych monografii. Jako wykładowca rzymskiego uniwersytetu „La Sapienza” z pewnością ma pod ręką szereg dokumentów opisujących struktury administracyjne Watykanu i historyczne dykteryjki z dziedziny prawa kościelnego. W tej dziedzinie (jako historyk) nie mam mu wiele do zarzucenia. Pozostaje jednak pytanie – czy naukowiec powinien pisać przygodowe książki?

„Konklawe”, Fabrizio Battistelli, Oficynka 2010

Recenzja dostępna na portalu MojeOpinie.pl

Czytaj więcej...

czwartek, 27 stycznia 2011

Historia feralnego człowieka

Europejczyk na słowo „pies” reaguje wizją słodko bezradnego jamnika, skromnego puchatego yorka, albo dostojnego i entuzjastycznego owczarka niemieckiego. Pies jest naszym przyjacielem, domownikiem, pupilem. Czym z pewnością nie jest? Żółtym padlinożercą o szpiczastych uszach warczący pod murem kairskiego domu; białym kundlem z zabawną łatą atakującym przechodniów w Ameryce Południowej, czy moskiewskim brudnym, chudym żebrakiem obgryzający uparcie wciąż tą samą, pozbawioną mięsa kość. Na całym świecie psy mają dwie twarze.


Urodzony w 1949 roku francuski reporter i pisarz ma na koncie wiele reportaży, z których większość zdobyła nagrody i została przetłumaczona na szereg języków. Dziennikarska opowieść w wykonaniu Jeana Rolina zawsze składa się z podobnych elementów: dokładnie przeanalizowanych detali codziennego życia, anegdot i opowieści tylko z pozoru nie związane z tematem, kolekcjonerskiego wręcz podejścia do gromadzonego materiału i naprawdę wielu dygresji. Jak dotąd Rolin pisał m.in. o życiu społeczności chrześcijan w islamskich państwach fundamentalistycznych, o podróżach wybrzeżami Afryki, o francuskich przedmieściach i powojennych krajobrazach. „I ktoś rzucił za nim zdechłego psa” jest pierwszą książką tego autora dostępną po polsku. Przy pierwszym zetknięciu z tego typu narracją reportaż Rolina stanowi nie lada wyzwanie. Czytelnik nie dostaje żadnego wprowadzenia, momentu przejścia. Od pierwszego zdania ląduje w głowie autora i jego oczami obserwuje opisywany świat. Tymczasem Rolin rozgląda się bez pośpiechu, opisując widok z tarasu hotelu, wrażenia przy posiłku, napotkanych ludzi, przeczytane książki. Dopiero po kilkunastu stronach okazuje się, że ta opowieść ma jakiś cel.

Myślę o napisaniu historii o psach feralnych” – oznajmia autor list do przyjaciela mieszkającego w Afryce i dalej tłumaczy z prostotą dobór słów:. „[...] jest to anglicyzm albo ściślej – kalka angielskiego przymiotnika feral, oznaczającego zwierzę domowe, które wróciło do stanu dzikości, zdziczałe”. W podróżach po świecie Jean Rolin zgromadził wiele takich historii o psach feralnych, które nie podlegają już ludzkiej kontroli, a czasem stają się naszym wrogiem. Te psy zdają się jednak głównie pretekstem do opowieści o pograniczu między codziennością a chaosem ludzkiej cywilizacji, a także o ludziach jako takich.

Po pierwsze Rolin zostawia na boku stereotyp najlepszego przyjaciela człowieka i już w pierwszych rozdziałach oznajmia z prostotą: pies jada mięso. Kiedy nikt go nie karmi, pies poluje albo rzuca się na padlinę. „Trzeba zwłaszcza wystrzegać się tych – powiedział Mahmud – które zasmakowały w ludzkim mięsie, pożerając trupy na cmentarzach” – możemy usłyszeć w Kairze. Nie ma przesady w średniowiecznych opowieściach o psach żerujących na opuszczonych polach bitwy. W starożytnych tekstach psy żerujące na umierających wojownikach są ostatnim stadium chaosu wojny. Rolin sam cytuje szeregi tekstów opisujących psy-padlinożerców na wojennych pobojowiskach. Z drugiej strony poddaje krytyce psa „retorycznego”, który nieuchronnie zjawia się we wszystkich opowieściach korespondentów wojennych jako ostateczne stadium krwawego oblicza wojen. Pies retoryczny, zdaniem tych dziennikarzy, szarpie i pożera trupy. Tymczasem zdaniem Rolina realne psy mają na wojnie lepsze rzeczy do roboty niż pożerać ofiary bomb. Na przykład mogą przed tymi bombami uciekać, równie przerażone i bezradne jak ludzie. „Bomby spadają także na zwierzęta [...], dla nich również wojna jest absolutnym piekłem” – przypomina jeden z rozmówców Rolina.

Po drugie bezpańskie psy bywają bezpańskie tylko z pozoru. Czasem stają się częścią społeczności bezpańskich ludzi. W Bangkoku żebracy dzielą się z nimi posiłkiem; w Kairze psy koegzystują na śmietnikach ze zbieraczami odpadów, złodziejami i uciekinierami, na Bliskim Wschodzie stają się niemymi świadkami zbrodni wojennych i okrucieństw wszystkich skłóconych armii; zdaniem mieszkańców Haitii psy zajmują się głównie rozszarpywaniem zwłok przeciwników reżimu, jakby same należały do rządzącej partii. Czasem zdziczały pies zostaje strażnikiem (cierpliwie dokarmiany przez moskiewskich stróżów nocnych) lub niebezpieczną bronią, jak obładowane materiałami wybuchowymi kundle szczute podczas drugiej wojny światowej na niemieckie czołgi. W Chile psy feralne są bohaterami prasowych legend, podopiecznymi okolicznych biur, pomimo że mają w zwyczaju atakować całą bandą przypadkowych przechodniów. Rosja i kraje jej sąsiednie, ogarnięte falą ataków bezpańskich psów, stają się jednocześnie celem ataków obrońców zwierząt. Zwolennicy szybkiego strzału w głowę ścierają się tam z propagatorami sterylizacji bezpańskich hord. Schroniska dla bezdomnych zwierząt w Rumunii nazywane są wręcz „obozami śmierci”, podobnie jak w Australii drapieżne psy Dingo stały się śmiertelnym wrogiem farmerów. Rolin ze spokojem potrafi opisywać zarówno obrońców, jak i wrogów psa feralnego. Problem w tym, że obie strony konfliktu walczą o zupełnie inne psy. Jest to walka dwóch wizji: domowego pupila z niebezpiecznym drapieżnikiem.

Można mieć zastrzeżenia do dygresyjnego stylu Rolina i uporu tłumacza do podtrzymywania rozbudowanych, wielokrotnie złożonych zdań. Naturalne w języku autora dygresje w dygresjach, w polskim przekładzie bywają nużące. Zresztą sam styl pisania Jean Rolina stanowi tak naprawdę rozbudowany monolog, przerywany niekiedy spotkaniem z pojedynczym bohaterem czy interesującym faktem wyszukanym w książkach. Opowieść nie koncentruje się w żadnym miejscu, nie ma określonego nurtu. Jest dosłownym zapisem pewnej podróży śladami bohatera – w tym wypadku owego feralnego psa – który pojawia się kiedy chce i gdzie chce. Rolin potrafi jednak po mistrzowsku opisać tą psią nieobecność, nadając jej za każdym razem nowe znaczenie. Dlaczego feralny pies jest? Dlaczego nie ma go tam, gdzie naszym być powinien? Jaki jest? Czemu jest inny, niż się spodziewaliśmy? Czy jest dobry, czy zły? W ten sposób historia bezpańskich psów w wykonaniu Jean Rolina jest raczej pretekstem do opowieści na temat szeroko rozumianej walki o przetrwanie. Nie bez znaczenia jest tu przytaczany często motyw bratobójczej wojny, zemsty, nienawiści rasowej. Nie brakuje ani walki o tożsamość, ani religijnych doktryn, ani zwyczajnej degradacji życia z powodu biedy, wojny czy kataklizmów przyrody. Rolin nazywa rzeczy po imieniu, oddzielając psy porzucone od psów zdziczałych i psów urodzonych jako dzikie. Osobiście dostrzegam tu analogię z ludźmi. Są tacy, którzy człowieczeństwa wyrzekają się świadomie, są tacy, którym taką postawę narzucono (np. przez wychowanie) i tacy, którzy nigdy dotąd nie mieli z człowieczeństwem do czynienia. Gdy spojrzeć z tej perspektywy, książka ta staje się zaskakującym dowodem, że ludzie wcale tak bardzo nie różnią się od psów. Zarówno tych udomowionych, jak i tych feralnych.

Jean Rolin, „I ktoś rzucił za nim zdechłego psa”, Wydawnictwo Czarne, 2011
Serwis Mojeopinie.pl objął patronat medialny nad książką Jean Rolin.
Książkę można kupić w sklepie Wydawnictwa Czarne
Recenzja ukazała się na portalu MojeOpinie.pl

Czytaj więcej...

piątek, 5 lutego 2010

Biografia umierania Dawida Rieffa

„Najpierw głęboko zaczerpnęła powietrza, potem przez czterdzieści sekund nie oddychała. Dla tych, którzy patrzą z przejęciem na ludzką śmierć, ta straszliwa pauza nie ma końca; wreszcie po raz drugi odetchnęła. […] Stephen Nimer powiedział «Odeszła».” David Rieff, W morzu śmierci. Wspomnienie syna, Wyd. Czarne, 2009
 

„Śmierć jest nie do przyjęcia, chyba że ktoś umie zapomnieć o własnym «ja». A ona, która w życiu dokonała tak wiele, absolutnie nie była do tego zdolna” – pisał do Davida Rieff’a przyjaciel jego matki tuż po jej śmierci. We wspomnieniach Rieff’a na temat Susan Sontag takich zdań jest wiele. Opisują Sontag jako osobę do ostatka walczącą z każdą swoją chorobą, do samego końca nie pogodzoną z własną śmiertelnością. Przerażoną faktem, ze życie kiedyś musi się skończyć.

Susan Sontag jest raczej mało znana w Polsce, chociaż polska literatura była jedną z jej specjalności. Często na przykład tłumaczyła polskich poetów, a także utrzymywała, że należy do czwartego pokolenia polskich żydów osiadłych w Nowym Yorku. Jej twórczość była jednak lepiej znana w USA i zachodniej Europie.

Pozostawała zawsze kobietą aktywną, jasno wyrażającą poglądy. Taką siebie – wojującą, lewicującą żydówkę – pokazała z autoironią w filmie Zelig Woodego Allena. Znana była z ostrych opinii politycznych, w tym krytyki polityki USA, komentarzy do wojen w Wietnamie i na Bliskim Wschodzie, do terroryzmu i supremacji cywilizacji zachodniej. Była autorką powieści, krytycznych esejów na temat literatury, fotografii, teatru lub ogólnie kuluary masowej. Zajmowała się wszystkim co tylko ją zainteresowało i nie ustawała w poszukiwaniach nowej wiedzy. Osoba tak dynamiczna i pełna życia miała tylko jeden lęk: że będzie musiała umrzeć.

David Rieff właśnie ten motyw z życia matki uczynił tematem swojej książki. Przyszedł na świat, kiedy Susan była bardzo młoda. Poślubiła jego ojca, Philippa Rieff’a, gdy miała 17 lat. Rozwiodła się mając lat 25. Jako osoba biseksualna przeszła przez wiele intensywnych związków z kobietami i mężczyznami. Zawsze jednak pozostawała w bliskiej relacji z synem, dziennikarzem i komentatorem politycznym. Książka W morzu śmierci rozpoczyna się, gdy Rieff wraca z zagranicznej wyprawy i dowiaduje się przez telefon, że jego matka ma nawrót choroby (Sontag chorowała na raka od 1976 roku; w 2004 roku zabiła ją ostra odmiana białaczki, spowodowana zbyt intensywną chemią przy leczeniu poprzednich nowotworów).

Bardzo analityczne, do bólu ekshibicjonistyczne i przepełnione wewnętrznymi dialogami wyznanie mocno związanego z matką Rieff’a sprawia dwojakie wrażenie. Po pierwsze książka ta jest raczej próbą odpowiedzi na pytanie: „Czy słusznie postąpiłem? Czy jej nie zawiodłem?”, niż rzetelnym wspomnieniem umierającej matki. Rieff nie poświęca zbyt wiele miejsca biografii Sontag, chyba że uzasadnia ona w jakiś sposób jej postępowanie w okresie śmiertelnej choroby. Zadręcza za to czytelników pytaniami. Czy słusznie postąpił wspierając ją w walce z prawdą, że współczesna medycyna nie jest w stanie pokonać raka. Czy słusznie pozwalał jej wierzyć we własną niezniszczalność, w wyjątkowe szczęście, czy cokolwiek innego, co zmuszało chorą do sięgania po coraz bardziej inwazyjnych i wyniszczających terapie? „Rak = śmierć” – pisała w swoich dziennikach. A więc była świadoma stanu rzeczy. Jednak zamiast podjąć próbę pogodzenia się z własnym umieraniem, szukała własnego cudu.

„Ci, którzy ją kochali, zawiedli ją w końcu, bo żywi zawsze zawiodą umierających” – stwierdził Rieff otwarcie. Ich zdrowie i żywotność oddalało ją od przyjaciół i bliskich. Im bardziej stawało się oczywiste, że walki tej nie wygra, tym bardziej uciekała od rzeczywistości. Pozostawiając za sobą zdruzgotanych bezsilnością przyjaciół i rodzinę.

Ten motyw książki nieco nuży, może nawet irytuje. Rieff stawia wiele pytań o istotę psychicznego stanu zwanego umieraniem i niestety – często sam próbuje na nie odpowiadać, podpierając się słowami filozofów i psychologów. Mierzymy się zatem z rozważaniami intelektualisty, który boi się otwarcie zapytać dlaczego jesteśmy śmiertelni. Zamiast tego stara się zrozumieć powód nieakceptowania tego faktu przez własną matkę. Jakby sam odrobinę podzielał jej wiarę, że tym razem także się uda i na dodatek czuł się winny, że nie potrafi się przeciwstawić tym złudzeniom.

Z drugiej strony Rieff przedstawia stricte dziennikarski opis zmagań z chorobą. Pamiętnikom swojej matki, w których Susan Sontag niejednokrotnie pisze o lęku przed śmiercią, pustką, końcem wszystkiego, David Rieff przeciwstawił faktograficzny i szczegółowy obraz ostatnich miesięcy matki. Nie oszczędził niczego – idiotycznie skonstruowanych ulotek i poradników dla śmiertelnie chorych pacjentów, pretensji do bezsilnych i czasem bezdusznych lekarzy, rozpaczliwych poszukiwań w Internecie w nadziei na pojawienie się cudownego leku, stanów depresji i euforii z nimi związanych, czy histerycznej amnezji matki, która uporczywie wyrzucała z pamięci słowa lekarzy, które nie podsycały jej wiary w cud. Być może fakty te niewiele znaczą dla nas, żywych. Ale stawiając samych siebie przez chwilę w pozycji osoby odchodzącej ze świata żywych, nie sposób odmówić tej książce terapeutycznej mocy. Jakby mówiła: „Nie tylko Ty się boisz. Ten strach dosięga wszystkich. Wszyscy robią głupie rzeczy, żeby nie przyjąć do wiadomości ostatecznego wyroku”. Lekturze tej towarzyszy jednak strach. Wszyscy mamy przecież w głowach wizje godnego przyjmowania wyroków losu kreowanego przez filmy i powieści. Rieff świadomie obala romantyczną wizję ostatecznego pogodzenia się ze śmiercią wykreowaną przez popkulturę. Nie ma nic romantycznego w umieraniu – jest strach, ból, bezsilność, głupota i ucieczka w iluzje. Do samego końca wierzymy, że nam się uda.

„Miała lekką śmierć. Nie wiedziała, że umiera” – wspominała w jednym z kryminałów Joanny Chmielewskiej bohaterka śmierć matki. „Pewnie” – dodała inna bohaterka. – „Żywi jakoś wstrząs przetrzymają”. Tymi słowami w niepoważnej książce udało się zawrzeć poważną treść. O tym zapewne miała być książka Rieff’a. O pogodzeniu się z czyimś odejściem. Jak jednak pogodzić się ze śmiercią kogoś, kto sam umarł niepogodzony?

Rieff zakończył swoje wspomnienie refleksją na temat nadziei. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to nadzieja nieszczera. Jako człowiek patrzący realnie na życie, wie że śmierci nie da się uniknąć. Jedyne na co możemy mieć nadzieję, to uniknięcie umierania.

Tekst dostępny na MojeOpinie.pl

Czytaj więcej...

czwartek, 4 lutego 2010

Ricardo Orizio - Zaginione białe plemiona

„Ale i my wszyscy, pod pozorami normalności, należymy do jakiegoś zaginionego plemienia. […] Biali, którzy żyją w jamajskiej Dolinie Bananów, nie różnią się zbytnio od jamajskich emigrantów z miejskich peryferii Zachodu. I jedni, i drudzy są często przegrani. I jedni, i drudzy mają nie ten, co trzeba, kolor skóry.”
Riccardo Orizio, Zaginione Białe Plemiona.
 

Riccardo Orizio ma już na koncie nagradzaną wielokrotnie książkę Diabeł na emeryturze. Rozmowy z siedmioma dyktatorami (Poznań 2004), którą dowiódł swojego dziennikarskiego talentu i uporu, zadając pytania najgroźniejszym ludziom na świecie. Zaginione białe plemiona, opisana podtytułem: Podróż w poszukiwaniu zapomnianych mniejszości, to książka podążająca w zupełnie innym kierunku. „Ta książka różni się od wszystkiego, co kiedykolwiek napisano na ten temat…” - przyznaje Ryszard Kapuściński w przedmowie do włoskiego wydania reportażu Orizia.

Opowieść włoskiego dziennikarza i pisarza jest efektem wieloletnich podróży i badań. Szukając swoich zaginionych plemion opierał się najczęściej na dawno zapomnianych lub powtarzanych szeptem legendach i plotkach. Jadąc w odległe zakątki świata nie zawsze miał pewność, czy nie goni za złudzeniem. Czy napotka zaginione plemię, czy też rozwieje jedynie kolejny mit. Pierwszym pytaniem, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu ostatniej strony tej niezwykłej opowieści było właśnie pytanie o mity. Ile z nich okazało się fałszywymi? O ilu plemionach Orizio nie napisał, ponieważ okazały się bajką lub nikt już o nich nie pamiętał?

Pierwsza rzecz, jaką czytelnik powinien sobie uświadomić sięgając po tę publikację, to fakt, że zawartość z pewnością go zaskoczy. Nie mamy do czynienia z książką sensacyjną ani demaskującą, chociaż każdy z tych przymiotników świetnie ją opisuje. Jest to raczej dramat wielu aktorów, z których każdy ma do opowiedzenia wyjątkową historię. Żeby ją jednak usłyszeć, trzeba było przyjąć zupełnie nowy punkt widzenia. Riccardo Orizio dostrzegł pewną prawidłowość, jeśli chodzi o „białe plemiona”. Otóż najłatwiej dostrzegają je… inni biali. Miejscowi – bez względu, czy mamy do czynienia z wyspą u wybrzeży Indii, mitycznym rajem Jamajki, afrykańskim buszem czy Haitańską dżunglą – bardzo skrupulatnie ich nie dostrzegają. Dla nich garstka białych „tutejszych” jest dodatkowym, czasem wstydliwie ukrywanym elementem krajobrazu. Mówią o nich niechętnie i z urazą. Usilnie spychają na margines znaczenia.

Może właśnie dlatego Tony, potomek niemieckich osadników na Jamajce opowiada, że pierwszy raz uświadomił sobie odmienność własnej białej karnacji, od ciemnej skóry innych mieszkańców Jamajki w odległym, Europejskim uniwersytecie w Saarbrucken. Ponieważ tam był kolejnym białym w opozycji do czarnych przyjezdnych. z założenia Europejczycy potraktowali go jak jednego ze swoich. A przecież jedyne co łączyło niemieckich studentów z Tonym, rastafarianinem, potomkiem białych niewolników na Jamajce, było odziedziczone po przodkach nazwisko i pigment skóry.

Po drugie Orizio nie zajmuje się w ogóle kolonializmem, chociaż wiele stron jego reportażu poświęcone zostało dziejom kolonistów. Historia obchodzi go o tyle, o ile jest w stanie odmalować osobowość rozmówców. Dzieje mniejszości Burgów na Sri Lance służą tylko pokazaniu, jak łatwo całą społeczność najpierw uczynić niezbędną, a potem zepchnąć w niebyt. Potomkowie holenderskich osadników i syngaleskich tubylców nadal są bardziej białymi niż rodowitymi Cejlończykami. Ich kolor skóry, tradycje i poczucie odrębności zaczerpnięte od Europejskich elit kolonialnych przekreśliły fakt, że przez niemal dwa stulecia pracowali ciężko dla dobra swojej ojczyzny. Zresztą sami Burgowie na pytanie jakiej są narodowości odpowiadali czasem „Bóg jeden wie […]” – nie czuli się ani Holendrami, których przybyciu do Indii zawdzięczają swoje istnienie, ani Anglikami, pod których panowaniem urośli w potęgę, ani Cejlończykami. Dopiero pojedyncze ludzkie historie rzucają światło na ich tożsamość – są tacy, jakimi siebie widzą. Nikim więcej.

Po trzecie instynkt reporterski zawiódł Orizia w rejony raczej przez historyków ze wstydem unikane: we współczesne pozostałości kolonializmu, spadek po minionych czasach. Zaginione plemiona to najczęściej efekt mieszanych małżeństw kolonialistów z miejscowymi. Ich potomkowie stali się jednak pozbawionym narodowości balastem. Ale są to także potomkowie grup, które świadomie wybrały miejsce swojego wygnania, odrzucone lub porzucone przez własną społeczność. Orizio prześledził uważnie drogę, jaką skandynawsko-brytyjscy Basterowie w Afryce i amerykańscy Confederados w Brazylii stali się integralną częścią swojej nowej ojczyzny. Pozwolił im własnymi słowami przekazać kombinację głębokiego patriotyzmu i poczucia plemiennej odrębności. Połączenie tych dwóch czynników sprawia, że zaginione białe plemiona nie potrafią do końca stać się Afrykańczykami czy Brazylijczykami. Z uporem próbują więc żyć w odizolowanych społecznościach, pielęgnując własne urazy i złudne nadzieje, próbując stworzyć na obcej ziemi kopię pierwszej ojczyzny.

Dla polskiego czytelnika fascynująca może się okazać wyprawa Richardo Orizio na Haiti, gdzie w odległych, dawno zapomnianych wioskach żyją potomkowie polskich legionistów. Żołnierze polscy, wysłani przez Napoleona do stłumienia powstania na Santo Domingo nigdy nie spełnili swego zadania. Odmówili pacyfikacji z walczącymi o wolność niewolnikami. Zaakceptowani później przez zbuntowaną, czarną ludność wyspy wtopili się w lokalny krajobraz, marząc o powrocie do ojczyzny. Chociaż minęło już kilka wieków od epoki Napoleona, marzenia te nie osłabły. Ciemnoskóre, niebieskookie plemię „Białych Murzynów Europy” wciąż wierzy, że Polacy przyślą po nich ekspedycję i troskliwie zabiorą ich do prawdziwej ojczyzny (po cóż innego polski papież przybył by na Haiti?). W podobnym stylu zagubieni w dżungli na Jamajce Niemcy wciąż wierzą w swoje królewskie pochodzenie, a Confederados w Brazylii uważają siebie za najlepszych Amerykanów na świecie.

Opowieść wysnuta przez włoskiego dokumentalistę z pewnością nie jest do końca ani historią, ani reportażem. Raczej relacją jego osobistej podróży w poszukiwaniu zaginionych białych plemion. Czytelnik ma wrażenie, że autor po prostu zapisał po kolei każdy moment wyprawy i każde zasłyszane słowo. Dodane gdzieniegdzie fragmenty dokumentów historycznych są jedynie tłem lub wyjaśnieniem ludzkich losów. W tej książce historia mówi sama za siebie.

A w efekcie czytelnika nachodzi nieodparta chęć rozejrzenia się po ulicy w poszukiwaniu naszych własnych zaginionych mniejszości. W głębi duszy obawiamy się też odrobinę, że my sami należymy do takiego plemienia. Może czas zacząć spisywać własne opowieści.

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

Tekst dostępny na MojeOpinie.pl

Czytaj więcej...

wtorek, 6 stycznia 2009

Ewa Białołęcka o tym, jak być cool.

O książce "wiedźma.com.pl".
Żeby nie było, że się znęcam - bo się nie znęcam, tylko mam uwagi.

Już po lekturze - czytało się szybko i całkiem przyjemnie, choć zakończenie trochę rozczarowuje. Dość nagle następuje koniec tej całkiem pogmatwanej historii, a do tego fabuła troszkę przewidywalna - ale może ja mam takie skrzywienie, że odgaduję zakończenia (w kilku filmach mi się też zdarzyło, co zdecydowanie odbiera przyjemność oglądania).

Jeśli mam jakieś zastrzeżenia, to do warstwy językowej, która przy okazji burzy trochę odbiór postaci. Rozumiem, że Reszka miała być nowoczesna i młodzieżowa, ale jej sposób mówienia, sposób opowiadania bardzo mnie złościł. Też mam nawyk (smutny, acz się go nie wypieram) pokazywania, że na wszystko mam barwna metaforę. Jak jastrząb pilnuję, żeby mi ta maniera nie zamieniła się w zabawy słowem, które nic do treści nie wniosą. Jedynie pokazują, jaka mam fantazję, elokwencję, wirtuozerię słowa, poczucie humoru...

No tym właśnie mnie autorka zniechęcała na początku - odkładałam tą książkę trzy razy. Uratowała ją treść - mniej więcej w połowie bardzo wciągająca. Trochę tam za dużo było odniesień do serialu "Lost", który ja akurat widziałam (czasami myślę, że niestety), ale nie koniecznie reszta świata musi. Zresztą aluzje do współczesnej "kultowej" fantastyki słały się w książce gęsto.

Absolutnie zmylił mnie tytuł. Miałam nadzieję na wiedźmę internetową, która czaruje w tej nowoczesnej dziedzinie życia. Odniesień do Googla i laptopa było kilka, ale sama akcja książki dzieje się wybitnie na wsi i w atmosferze wiejskiej magii. Z komputerem ma niewiele wspólnego. Kilka pomysłów jest świetnych, ale rozwinięcie zbyt ogólnikowe. Pani autorka ma więc pole do popisu - stworzenie na podstawie tych pomysłów zalążków pod serię, może własną rzeczywistość fantasy... Ma tez niezłe pióro. Jeśli nie stylizuje go na siłę w superwyzwoloną, nowoczesną i silną duchem niezbyt feministkę.

BTW: Ciekawe, czy ktoś mnie tak kiedyś za moje książki zjedzie. Pardon - dokona uwag. ^^

Czytaj więcej...

wtorek, 18 listopada 2008

Kres W. i to Feliks


Zafascynowana felietonami i poradnikiem pana Kresa na temat pisania powieści fantastycznych sięgnęłam w końcu po jego własne – skądinąd słynne – dzieło. Z wypiekami na twarzy sięgnęłam po „Klejnot i wachlarz” (Mag, Warszawa 2003) i… przeżyłam rozczarowanie.



Zarzuty mam dwa:

Po pierwsze – jeśli bohater dużo myśli, to może powinien zostać filozofem, a nie bohaterem powieści…? Głębokie monologi wewnętrzne bohaterów Kresa może i wnoszą wiele w tok narracji, ale znam lepsze metody ukazania tych całych emocji. Nużące i rozwlekłe przemyślenia czytałam mimo wszystko, wiedząc doskonale, że pomiędzy nimi trafiają się zdania-perełki – opisy strojów, gestów, celne uwagi… Mimo wszystko, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że gdyby wyciąć te głęboko nacechowane fragmenty, wyszłoby nam z tego dość długie opowiadanie – powiedzmy: dwuczęściowa nowelka.

I to jest zarzut drugi. Jak na tak grubą książkę, niewiele się w niej dzieje. Streszczenie historii zamyka się w dwóch zdaniach, wątki nie zostają zamknięte, a puenta jest niezbyt jasna. Może powinnam w takim razie przeczytać dalsze części… Ale nie chce mi się. Nawet za cenę smakowitej, dopracowanej w szczegółach historii nie chce mi się po raz kolejny przeżywać retrospekcji, wewnętrznych monologów i opisów skinienia palcem.

Podziwiam uwagi Kresa na temat ważności detali. Na ścianie wisiał obraz – wazon z różami. Dlaczego róże? A jaki wazon? To i może jest ważne i istotne, ale nie koniecznie powinno zabierać miejsce interakcji bohaterów – interakcji, która nie dzieje się tylko w ich głowach. Jest wiele sposobów na ukazanie konfliktowego charakteru bohatera – kilka wybuchowych scen, jeden krótki wewnętrzny monolog pod hasłem „choć raz nie daj się sprowokować” i interakcja która ukazuje, ze mu się udało lub nie. Można mu nadać przydomek, można go ustami innego z bohaterów nazwać „wichrzycielem i rozrabiaką”, można wrzucić jakieś ciekawe wspomnienia, zaaranżować opowiadanie historyjek na ten temat przez grupę postaci w tekście… Trzystronicowy ciąg przemyśleń o tym, jak to bohater sam ze sobą walczy i tłumaczy sobie, że nie powinien się denerwować – to nie jest najlepsze rozwiązanie.


Jednym słowem – powieść, choć fabularnie świetna, rozczarowała mnie. Podobne wrażenie miałam po „Młocie na czarownice” Piekary – pomysł fabularny: majstersztyk. Wykonanie językowe i pociągnięcie historii – poniżej krytyki…

Czytaj więcej...

wtorek, 21 października 2008

Bretończyk po fasolsku



»A jednak żeglarze nie byli szczęśliwi. Co który spojrzał na nazwę fregaty, to aż pluł niegrzecznie do wody, czego ryby bardzo nie lubią, zwłaszcza złote i latające. Na burcie był napis „Kaczy Kuper”. Kto chciałby pływać na „Kaczym Kuprze”, choćby i najpiękniejszym? Jak trudno będzie znieść kpiny kamratów z innych statków! A do niedawna ich fregata nazywała się przecież całkiem przyzwoicie: „Pierś Łabędzia”. Ale kiedy dowództwo objął kapitan Ocet, zaraz kazał zmienić nazwę i jeszcze śmiał się cienko jak brzytwa, chociaż załoga płakała rzewnie. Z takich łez marynarzy robią się w morzu perły, natomiast kiedy płaczą po rozbitej butelce rumu, lęgną się rekiny.«


Burzliwe dzieje pirata Rabarbara to moja kolejna ukochana bajka z dzieciństwa. Wydana – o mamuniu – ponad dwadzieścia z okładem lat temu stanowi ulubiony punkt odniesienia mojej gwary rodzinnej. Trzy siostry: Amunicja, Policja i Prohibicja są synonimem najlepszej zabawy w życiu, Bretończyk po fasolsku zapoczątkował rodzinny szał słowotwórczy (tak powstała Żuma dla Gucia), a obwarzanki z których Krzynek zostawiał dla siostry dziurkę… Ech, jakże to rozumiem. Ja też mam brata. No i jeszcze papuga, którą trzeba było ożenić, bo za dużo narzekała (sic!). I chociaż nie znoszę grochówki, to zawsze chciałam być wolnym piratem jak Rabarbar… Żeby przewozić pszczoły luzem… Ten to miał tupet.

No – ale poczytajcie sami ;)

Nie zapominajmy przy tym, że wszystkie te historie pochodzą z czasów przed pokemonami, mangami i roboto-samochodami. Bez wszechmocnych smoków, magii, podróży w czasie, wybuchów tajemniczych energii, ufoludków, komputerowych sztucznych inteligencji, specjalistycznych sztuk walki – ot, z wyobraźni, zabawy słowem i armaty na arbuzy powstała idealna opowieść dla dzieci (i dorosłych, jak widać). Nie ma dziś na rynku dla mnie książki dla dzieci, którą byłabym bardziej zachwycona. Wszystkie Kubusie i Anie się nie umywają. Fantastyczne historie z morałem? Skomplikowane sensacyjne intrygi? Henryk Garncarz i tajemnica czegokolwiek? A pfuj.

Dla mnie najcenniejsze są książki z którymi można się śmiać. Nie Z KTÓRYCH, ale Z KTÓRYMI. Bawić się tekstem, wyobraźnią. Bo kiedy wszystko jest bajkowe, błyszczące i rozbiegane, dziecko jedynie podąża za błyskami i ruchem. Ale kiedy wszystko jest znane, proste, a jednocześnie prowadzi inny od utartego schematu żywot, jakże wiele można sobie wyobrazić. Armata na arbuzy, gniazdo na głowie, szabla owinięta promieniem słońca, czesanie grzyw fal grzebieniem, łuskanie batalistycznego grochu… Czemu nie pamiętam jak się nazywał ten żółty pokemon, a pamiętam, że Rabarbar nazwał swój statek piracki Nieustraszony Krwawy Mściciel Pogromca i Postrach. Co jest więc dla mnie cenniejsze? Nie wyrzucę tej książki nigdy i będę ją czytać swoim dzieciom.

A wszystko to piszę dlatego, że Rabarbar doczekał się reedycji. Tym razem nie dokonano barbarzyństwa, jak przy Scenach z życia smoków i oryginalne rysunki Lutczyna zostały na swoim fenomenalnym miejscu. Bo Rabarbar bez Lutczyna jest tylko słowem z dużą ilością „a” i „b”. Jasne, proste w budowie rysunki roześmianego, brodatego i rumianego pirata, jego pięknej żony Barbary (prawdziwej kury domowej, ale za to z charakterkiem – to jednak bardzo szowinistyczna bajka, ale co tam), psotnego syna Krzynka (a później córki {Pir}Ani) i kapitana Octa z kwaśną miną. Nie przemawiają do mnie ani krzykliwe róże i zielenie z kreskówek, ani mnogość błyskających i ruszających się bibelotów - to wszystko jest niczym wobec dziecięcej wyobraźni!

A wszystko dlatego, że w czwartek jadę do Krakowa na targi. Ściskając pod pachą mój sfatygowany, najstarszy egzemplarz Rabarbara mam zamiar stanąć w kolejce do stoiska, gdzie Edward Lutczyn będzie nowe wydanie podpisywał. Wtedy podetknę mu stare wydanie i filuternie spytam: „A można na starszym egzemplarzu prosić autograf? Nie rozstanę się z nim do śmierci. Obiecuję.”.

^^

Czytaj więcej...

środa, 15 października 2008

Sceny z życia smoków


Wincenty podrapał się po głowie. Głowę miał niewielką i całkiem łysą. Oba smoki były tłuste, z dużymi brzuchami i gdzieniegdzie wyrastały im kłaki zielonych włosków, a na brodach miały brodawki. Każdy z nich miał zawieszony na szyi termos z zupą ogórkową.”

"Sceny z życia smoków" Beaty Krupskiej (tu pełny tekst bajek)to moja najukochańsza książka z dzieciństwa. Żaba i zupa ogórkowa, oraz łysy pies z saksofonu towarzyszą mi całe życie. Toruński smok i tytuł, jakim obdarzyłam zdjęcie poniżej bloga świadczą same za siebie. Smoki są i pozostaną w moich myślach.
Uprzedzam, że zrozumienie tego tekstu wymaga znajomości książki (a uważam, że nie ma na nią ludzi za starych ;D).

„Na polanę wszedł smok. Miał różową grzywkę, długie fioletowe włosy związane na karku w ogonek, na szyi termos, a na ramieniu saksofon. Był spocony i bardzo niezadowolony. Spojrzał na oba smoki leżące w cieniu i spochmurniał jeszcze bardziej.
- Ile jest 36 razy 36? - zaryczał ponuro.
- Nie wiem - bez namysłu odpowiedział Antoni.
- Tak, on nie wie naprawdę - dodał Wincenty Smok.
- Dobra odpowiedź - zagrzmiał z zadowoleniem trzeci smok, usiadł na trawie obok nich i zaczął grać na saksofonie. Po chwili przerwał i powiedział: - Możemy zostać przyjaciółmi. Zawsze przerażały mnie smoki, które wiedziały, ile jest 36 razy 36. Taką wiedzę uważam za dowód braku wyobraźni.
- Ale my nie mamy wyobraźni - zaprotestował Antoni. - Nie potrafimy sobie wyobrazić niczego, czego nie zobaczymy lub nie pomacamy.
Trzeci smok pograł przez chwilę na saksofonie, a potem zapytał:
- A możecie sobie wyobrazić moją muzykę?
- Tego nie trzeba sobie wyobrażać. Przecież ją widać - mruknął Wincenty Smok. - Jak zaczynałeś grać, to było widać pomarańczowe motyle skaczące po grubym, miękkim materacu, potem zielone nietoperze opalały się w hamakach, a na końcu przyleciał Łysy Pies, zakaszlał, wypił butelkę oranżady i zaczął się głośno śmiać, i wtedy wszystko zniknęło.
- To prawda, tak było - potwierdził Antoni. - Sam widziałem.
Trzeci smok poderwał się na łapy, skłonił głowę tak gwałtownie, że mu się różowa grzywka rozwiała nad czołem i powiedział:
- Nazywam się Smok Zygmunta i mam zamiar zostać waszym dozgonnym przyjacielem, czy tego chcecie, czy nie.”

Smoki są... smokami. W tej historyjce nie symbolizują niczego. Są sobą - i to sobą indywidualnym. Na kanwie tej indywidualności umieją się spotkać i porozmawiać. I tyle, jeśli chodzi o jakieś dydaktyczne głębie.
„- Dobra odpowiedź - stwierdził Smok Zygmunta i zaczął grać na saksofonie. Tym razem Łysy Pies pojawił się tylko na chwilę, ale zobaczywszy groźne spojrzenie Antoniego, zaraz zniknął. Na jego miejsce przybiegły myszy z różowymi brzuszkami, ustawiły się w pary i zaczęły śpiewać kołysanki. Kołysanki były tak piękne, że smok Antoni i Wincenty Smok od razu usnęły. Smok Zygmunta grał dalej, po chwili pojawił się znów Łysy Pies, tym razem pewny siebie, bo Antoni spał. Przyniósł ze sobą grzebień i zaczął czesać śpiewające myszy. Gdy uczesał już wszystkie, Smok Zygmunta przestał grać, wszystko zniknęło i Smok Zygmunta zasnął. Łysy Pies co chwila wysuwał łeb z saksofonu i ciężko wzdychał, żeby pokazać, że jest mu bardzo smutno. Stary dąb szumiał nad smokami, a jego liście wyglądały jak zielone nietoperze.”

To, co mnie ukształtowało poprzez te opowiastki, to niesłychany poziom abstrakcji i pewien sposób myślenia. Smok Antoni z zupą ogórkowa w termosie na szyi, jazzowy Smok Zygmunta, Żaba w sukience, Chenia w koronkowym żabocie, Łysy Pies mieszkający w saksofonie.... Moja wyobraźnia i rysunki Lutczyna (bo nie uznaje nowej wersji graficznej z 1998 roku) zbudowały obraz smoków, z którymi chce się spędzać czas. Indywidualności, ale i outsiderów. Czyli ogólnie rzecz biorąc – typów, którymi zawsze się otaczałam. Z biegiem lat wracałam – już jako poważny historyk, dorosła (sic) osoba – do scenek i czytałam je z niemniejsza przyjemnością (choć dziś wydają się krótsze). Kurcze! Przecież smoki tak naturalnie zaakceptowały żabę, która była nieznośna, zakompleksiona i złośliwa. Więcej – potrafiły do niej zagadać w taki sposób, że całkiem sensownie się z nią rozmawiało! Chenia pozbyła się manieryzmu, a Łysy pies w końcu polubił Antoniego… Całkiem jak w moim życiu.

Znalazłam swoje smoki. Naprawdę poczułam ulgę, bo myślałam, że to ze mnie taka Żaba niekumata jest, a to tylko byli niewłaściwi ludzie ;) Czasem będę o nich pisać, bo są ważne, te moje smoki. Nie są outsiderami, bo smoki Krupskiej też nie były. Po prostu należały do innego świata – świata smoczych zasad, łysego psa i zielonych nietoperzy. Mojego świata. Bo nie zgadzam się na świat popkultury jaki mnie otacza – jestem jak Smok Zygmunta – wolę nie wiedzieć ile jest 36 x 36….



Czytaj więcej...