czwartek, 5 sierpnia 2010

Imperium skręcone na zimno

Fot. za Gazet.pl

Niczym włoski mafioso osobiście zarządza rodzinnym biznesem, pieczołowicie przechowuje sekretne, rodzinne receptury 
i marzy o lodach jak na Syberii. 
Zaledwie w kilkanaście lat z małej zielonej budki (wcześniej kwiaciarni) Zbigniew Grycan dotarł na szczyt lodowego biznesu. Ze szczytu tego spadł, otrzepał się i po raz drugi stworzył zupełnie nową, rozpoznawaną w całej Polsce markę lodów. Rodzinna tradycja zobowiązuje.
Moda na zimne lodowe desery przywędrowała do nas z Azji. Już 4000 lat temu Chińczycy zajadali się przysmakiem sporządzonym z pokruszonego lodu z dodatkiem miodu i owoców. Także starożytna Europa, Arabowie czy Persowie znali przekąskę z lodu, soków owocowych i egzotycznych aromatów. Jednak europejską stolicą lodów są Włochy. Według jednej z teorii recepturę na ten przysmak przywiózł z Chin włoski podróżnik Marco Polo, ale niektórzy twierdzą, że lody we Włoszech znano już wcześniej - dzięki kontaktom ze światem arabskim. Z pięknej Italii lody trafiły do Francji, gdzie w 1686 roku arystokrata Francesco Procopio de'Coltelli otworzył pierwszą w Europie lodziarnię swojego imienia (nadal można do niej wpaść na deser). W owych czasach lody przypominały niezbyt drobno zmielone sorbety polane słodkim sosem. Dopiero pod koniec XVII wieku do lodów zaczęto dodawać jajka i śmietanę, aby uzyskać gładką i delikatną konsystencję, która dziś świadczy o jakości lodowych przysmaków.

W Polsce lody zagościły w czasach saskich. Z początku był to deser bardzo drogi i nietrwały - niewielu było stać na przechowywanie lodowych bloków. Dopiero w połowie XX wieku, po skonstruowaniu pierwszych chłodni, lody wyszły na ulice i zdobyły podniebienia Polaków. Lodziarnie pojawiały się w polskich miastach jak grzyby po deszczu. Jedną z pierwszych była otwarta w 1946 roku we Wrocławiu Lodziarnia "Miś". Prowadzili ją Józef i Weronika Grycanowie.

Całość dostępna na portalu GazetaPraca.pl

Czytaj więcej...

czwartek, 15 lipca 2010

Opiekunka do pary

Fot. z portalu gazeta.pl
Jak się do tego zabrać? Na ile muszę znać język obcy? Czy chłopak może zostać 
Au Pair? Gdzie wysyłać dokumenty? 
W dziedzinie opieki nad dzieckiem 
w zagranicznej rodzinie żadne pytanie, 
nawet pozornie głupie, nie powinno zostać bez odpowiedzi.

Wyrażenie Au Pair pochodzi z języka francuskiego. W dość swobodnym tłumaczeniu oznacza kogoś do pary, młodą osobę, która w rodzinie pełni rolę specyficznej "starszej siostry" (lub, od kilku lat, "starszego brata). Popularność tej formy zatrudnienia sięga lat 60 XX wieku, kiedy to francuskie rodziny zaczęły chętnie przyjmować do pracy młode opiekunki do dzieci z Anglii. Połączenie pracy, możliwości poznawania obcej kultury i uczęszczania na kursy językowe, szybko stało się popularną metodą na wchodzenie w dorosłość. Na tyle popularną, że w 1969 roku stworzono ogólnoeuropejskie dyrektywy regulujące pracę Au Pair...

Cały artykuł dostępny w serwisie GazetaPraca.pl

Czytaj więcej...

środa, 14 lipca 2010

Wielka walka o małe sprawy

Fot. z portalu gazeta.pl
Kilka tygodni temu z hukiem wystartowała ogólnopolska kampania "Uśmiechnięta kasjerka". Jej organizatorzy chcą uświadomić klientom dużych centrów handlowych, dlaczego pani za kasą nie zawsze lubi swoją pracę. Pojawiają się jednak pytania: "dlaczego tak?", albo "co dalej?".

Według organizatorów ponad połowa pracowników handlu narzeka na złe warunki pracy: niskie płace, wymuszanie bezpłatnych nadgodzin, ograniczanie przerw, pracę ponad siły. Robiąc zakupy warto zapytać pracownika sklepu, ile godzin siedzi na kasie i kiedy ostatni raz coś jadł. "Chciałabym mieć raz na godzinę przerwę na coś do picia" - zwierzyła mi się kasjerka w jednym ze sklepów Carrefour. "Wolną niedzielę. Nowa jestem, więc mam najgorsze zmiany " - rozmarzyła się natychmiast inna. "Dziecko ma anginę, a ja nie mogę wyjść! Dzięki Bogu za babcię" - gorączkuje się przekładająca nabiał ekspedientka. Inne uciekają w popłochu, kiedy tylko zadaję pytanie. "Uśmiechnięta kasjerka? - dziwi się pani na dziale mięsnym. - Nie ma takich. No chyba, że właśnie wychodzą z pracy".


Pełny artykuł dostępny na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak

Czytaj więcej...

wtorek, 29 czerwca 2010

Pokolenie Y – od życia chcemy więcej

fot. z portalu MobilneKobiety.pl
Tradycyjna wojna pokoleń w XXI wieku weszła w nową fazę. Młode i starsze pokolenie dzieli nie tylko rok urodzenia 
czy stosunek do rock and rolla. Wychowała nas zupełnie inna rzeczywistość polityczna, swoje trzy grosze dołożył postęp technologiczny i przekonanie naszych rodziców, że świat stoi dla nas otworem. Urodzone w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku pokolenie Y wkracza w dorosłe życie. Z hukiem.


Współczesny świat zmienia się błyskawicznie. Marcin, młody ojciec, pamięta do dziś, jak podkusiło go, żeby opowiedzieć synowi o swoim dzieciństwie. „Kiedy tata był mały, telewizja była czarno-biała i nie było komputerów” – zaczął tajemniczym głosem. Jego czteroletni syn popłakał się po pierwszym zdaniu. Świat bez komputerów? Przerażające! Za kilka lat mitem stanie się dyskietka, w zapomnienie odejdą telefony stacjonarne. Trudno przewidzieć, jak zmieni się technologia i jak zmienią się następne, korzystające z niej pokolenia.Całość dostępna na portalu MobilneKobiety.pl

Czytaj więcej...

sobota, 19 czerwca 2010

Anna Bedyńska: Im więcej wiemy, tym więcej widzimy


fot. ZDJĘCIE ROKU GPP 2005: Anna Bedyńska "Gazeta Wyborcza". Chora na białaczkę dziewczynka pociesza swoją matkę.
Idealistka, fotograf, matka. Takimi przymiotnikami mogłabym opisać fotoreporterkę Annę Bedyńską. W swoją pracę wkłada coś więcej niż codzienny wysiłek. Wizyty w szpitalu onkologicznym odchorowała ciężką grypą, w domu niepełnosprawnej umysłowo rodziny spędziła tyle czasu, że stała się niewidzialna jak mebel. Jej praca pokazuje, że można wejść z obiektywem w czyjeś życie, a jednocześnie okazać bohaterom reportażu szacunek, troskę i współczucie.
[...]

Joanna Sabak: Masz w pamięci takie zdjęcia, które mogłaś zrobić, a jednak nie zdołałaś lub nie chciałaś nacisnąć spustu migawki?
Anna Bedyńska: Zdjęcia, które pamiętam najlepiej ze wszystkich swoich zdjęć, to właśnie te niezrobione. Na przykład w szpitalu onkologicznym. Mam w głowie taki obraz: oczy matki, która siedzi przy swoim dziecku. Wbite wysoko w sufit. Oczy madonny. Ta sytuacja mnie tak onieśmieliła, była tak magiczna, że nie zrobiłam wtedy zdjęcia. Nie wiem, czy z szacunku do tej chwili, czy ze strachu, że ją zburzę. A chwila była dla mnie niemal święta.
[...]

Fragment wywiadu zamieszczonego na portalu MobilneKobiety.pl
Rozmawiała: Joanna Sabak

Czytaj więcej...

środa, 2 czerwca 2010

Od Hong Kongu do porządku na biurku: Feng Shui w pracy

Fot. z portalu gazeta.pl
W zachodnim świecie Feng Shui najczęściej kojarzy się z gazetowymi poradami "Jak szybko i bez wysiłku polepszyć swoje życie". Stawiamy na biurku gipsowego smoka, wieszamy dzwonki wietrzne, kupujemy złotą rybkę i dziwimy się, że nasze życie wcale się nie zmienia. Nic dziwnego. 
W Feng Shui chodzi przecież nie o bibeloty, ale o przestrzeń i ludzkie emocje.


Hong Kong, Singapur i Tajpej - trzy miasta, które można nazwać biznesowymi centrami regionu, od lat wykorzystują chińską sztukę aranżacji wnętrz w niemal wszystkich budowanych tam biurowcach i centrach biznesowych. Tamtejsze hotele, banki czy centra biznesowe mają swoich konsultantów, którzy nie tylko doradzają przy projekcie, czy wystroju wnętrz, ale decydują także o rozmieszczeniu i doborze pracowników. Feng Shui, chińska sztuka oswajania przestrzeni, powoli wkracza także do świata zachodniego. Z powodzeniem stosowana w prywatnych domach, do biur wkracza raczej po ciuchu. Złą sławę zawdzięcza wiedzy czerpanej z gazet. Szablonowe porady pism popularnych informują, że powinniśmy wypełnić dom czy gabinet tandetnymi podróbkami chińskich posążków i obrazków. Wystarczy jednak zamienić kilka słów z ekspertem od Feng Shui, a obawy znikają jak ręką odjąć.

Artykuł opublikowany na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak

Czytaj więcej...

piątek, 7 maja 2010

Marketing szlachecki

W języku marketingu nazywa się ich promotorami, potocznie: naganiaczami. Ich zadaniem jest przyciągnąć do restauracji odpowiedniego klienta. Takiego, który nie tylko zamówi drogą kawę, ale też zaprosi na biznesowy lunch swoich zagranicznych gości. W okolicach warszawskiego Starego Miasta znani są jako chodząca informacja turystyczna, obiekt fotograficzny i źródło wiedzy praktycznej. A wszystko to opakowane w strój sarmackiego szlachcica.

Naganiacze są zjawiskiem starym jak świat. Zawód ten wywodzi się z czasów, gdy pewnego rodzaju rozrywki dostępne były jedynie za zamkniętymi drzwiami. Już w starożytności domy publiczne, palarnie opium i innego rodzaju "szemrane lokale" dyskretnie płaciły naganiaczom za sprowadzanie klientów. Jeszcze w latach 50' ubiegłego wieku lokale oferujące tańce erotyczne musiały mieć zasłonięte okna i jak najmniej widoczny afisz. O przepływ klientów dbali niepozorni agenci, zaczepiający klientów na ulicy. Dzisiaj naganiacze, czy też, profesjonalnie mówiąc, promotorzy nie muszą ukrywać się w cieniu....


Pełny artykuł dostępny na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak

Czytaj więcej...