W języku marketingu nazywa się ich promotorami, potocznie: naganiaczami. Ich zadaniem jest przyciągnąć do restauracji odpowiedniego klienta. Takiego, który nie tylko zamówi drogą kawę, ale też zaprosi na biznesowy lunch swoich zagranicznych gości. W okolicach warszawskiego Starego Miasta znani są jako chodząca informacja turystyczna, obiekt fotograficzny i źródło wiedzy praktycznej. A wszystko to opakowane w strój sarmackiego szlachcica.
Naganiacze są zjawiskiem starym jak świat. Zawód ten wywodzi się z czasów, gdy pewnego rodzaju rozrywki dostępne były jedynie za zamkniętymi drzwiami. Już w starożytności domy publiczne, palarnie opium i innego rodzaju "szemrane lokale" dyskretnie płaciły naganiaczom za sprowadzanie klientów. Jeszcze w latach 50' ubiegłego wieku lokale oferujące tańce erotyczne musiały mieć zasłonięte okna i jak najmniej widoczny afisz. O przepływ klientów dbali niepozorni agenci, zaczepiający klientów na ulicy. Dzisiaj naganiacze, czy też, profesjonalnie mówiąc, promotorzy nie muszą ukrywać się w cieniu....
Pełny artykuł dostępny na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak
Czytaj więcej...
piątek, 7 maja 2010
piątek, 23 kwietnia 2010
Zabawiają zawodowo
Prawdziwy wodzirej nie jest klaunem w przebraniu, nie organizuje wiejskiej przytupajki, nie jest poślednim zabawiaczem. Nie wyciąga królika z kapelusza, nie nawołuje ze sceny: "Wszystkie pary tańczą". Znacznie bliżej mu do funkcji animatora i aktora. Nowoczesny wodzirej nosi frak, cylinder, ma nienaganne maniery i prawdziwą charyzmę.
Według słownika wodzirej to "osoba przewodząca innym". Mówiąc w skrócie: osobnik alfa, którego dobry nastrój przekłada się na powodzenie całej imprezy. Żeby wykonywać ten zawód, trzeba mieć w sobie to "coś", element dobrej zabawy, którym można zarazić innych. Trudno nawoływać do tańca z niechęcią i bez zaangażowania. Warsztatem wodzireja są przecież emocje i osobowość. Tutaj, jak nigdzie indziej, liczą się predyspozycje.
Zdj. pochodzi z archiwum jednego z bohaterów, Zdzisława Salisa.
Pełny artykuł dostępny na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak
Czytaj więcej...
Według słownika wodzirej to "osoba przewodząca innym". Mówiąc w skrócie: osobnik alfa, którego dobry nastrój przekłada się na powodzenie całej imprezy. Żeby wykonywać ten zawód, trzeba mieć w sobie to "coś", element dobrej zabawy, którym można zarazić innych. Trudno nawoływać do tańca z niechęcią i bez zaangażowania. Warsztatem wodzireja są przecież emocje i osobowość. Tutaj, jak nigdzie indziej, liczą się predyspozycje.
Zdj. pochodzi z archiwum jednego z bohaterów, Zdzisława Salisa.
Pełny artykuł dostępny na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak
Czytaj więcej...
piątek, 9 kwietnia 2010
Wypuszczanie łacha na wolność
![]() |
| Fot. by Azja |
Kasia Ogonowska, Ola Monola i Teresa Skubij już po raz czwarty zorganizowały na warszawskiej Pradze swoją łachową rewolucję. „Za każdym razem bierzemy większą salę i zawsze okazuje się, że miejsca jest za mało” – skarży się Ola między jednym wydawanym biletem a drugim. Bilet sam w sobie jest łachem, a dokładnie – własnoręczną produkcją pomysłodawczyń cyklu. Tym razem była to filcowa broszka z kolorowymi tulipanami...
Pełny artykuł dostępny na portalu: MobilneKobiety.pl
Autor: Joanna Sabak
Czytaj więcej...
Ogrzyce, kurtyzany i inne bajki
| Fot. Marcin Dorociński |
Dobrą ilustracją stereotypów krążących na temat graczy jest norweski film pt. „Astropia”. Główna bohaterka znajduje pracę w sklepie z fantastyką i trafia do środowiska miłośników gier typu RPG. Twórcy filmu przedstawili graczy jako inny gatunek ludzi, którzy nie dość, że wcielają się w rycerzy i smoki, to jeszcze w to wszystko wierzą.
Sztuka udawaniaW Paradox-Cafe, klimatycznej knajpce w Warszawie, miłośniczki gier RPG obejrzały „Astropię” przy kuflu piwa, śmiejąc się życzliwie. One wiedzą, jak jest naprawdę – równie dobrze akcja filmu mogłaby się dziać w tym hermetycznym miejscu. Na forum knajpki co i rusz pojawiają się ogłoszenia typu „Potrzebuję sukni z trenem”, „Pożyczę trupią czaszkę”, albo „Czy ktoś ma skrzydła?”. Bywalcy tego miejsca to głównie osoby związane z systemami gier, konwentami graczy, z literaturą science fiction i fantasy, czy po prostu szukające drużyny na kolejną rozgrywkę. Tutaj też gracze idą o krok dalej, uczestnicząc w LARP-ach, czyli kostiumowej odmianie gier fabularnych....
Pełny atykuł dostępny na portalu MobilneKobiety.plAutor: Joanna Sabak
Czytaj więcej...
środa, 7 kwietnia 2010
Sekretarka Alfreda Nobla – Berta von Suttner
„Alfred Nobel nie żyje. Zaznaczam tą stratę w moim pamiętniku pojedynczym zdaniem. Wieść ta – a dowiedziałam się o tym z gazet – była dla mnie przykrym zaskoczeniem. Więzi dwudziestoletniej przyjaźni zostały przerwane” (wszystkie cytaty pochodzą z książki „Memoirs of Bertha von Suttner: The Records of an Eventful Life”, Bibliofile 2008, tłumaczenie własne, przyp. red.). Tak 12 grudnia 1896 roku Berta von Suttner odnotowała w swoim pamiętniku śmierć jednego z najbardziej znanych wynalazców w historii. Była jego asystentką zaledwie przez tydzień, została przyjaciółką i powierniczką na prawie 20 lat...
Pełny artykuł dostępny na portalu MobilneKobiety.pl
Autor: Joanna Sabak
Czytaj więcej...
poniedziałek, 15 lutego 2010
Firma z jajem, czyli słowotwórstwo biznesowe
Pełny artykułdostępny na portaluGazetaPraca.pl
Czytaj więcej...
piątek, 5 lutego 2010
Biografia umierania Dawida Rieffa
„Najpierw głęboko zaczerpnęła powietrza, potem przez czterdzieści sekund nie oddychała. Dla tych, którzy patrzą z przejęciem na ludzką śmierć, ta straszliwa pauza nie ma końca; wreszcie po raz drugi odetchnęła. […] Stephen Nimer powiedział «Odeszła».” David Rieff, W morzu śmierci. Wspomnienie syna, Wyd. Czarne, 2009
„Śmierć jest nie do przyjęcia, chyba że ktoś umie zapomnieć o własnym «ja». A ona, która w życiu dokonała tak wiele, absolutnie nie była do tego zdolna” – pisał do Davida Rieff’a przyjaciel jego matki tuż po jej śmierci. We wspomnieniach Rieff’a na temat Susan Sontag takich zdań jest wiele. Opisują Sontag jako osobę do ostatka walczącą z każdą swoją chorobą, do samego końca nie pogodzoną z własną śmiertelnością. Przerażoną faktem, ze życie kiedyś musi się skończyć.
Susan Sontag jest raczej mało znana w Polsce, chociaż polska literatura była jedną z jej specjalności. Często na przykład tłumaczyła polskich poetów, a także utrzymywała, że należy do czwartego pokolenia polskich żydów osiadłych w Nowym Yorku. Jej twórczość była jednak lepiej znana w USA i zachodniej Europie.
Pozostawała zawsze kobietą aktywną, jasno wyrażającą poglądy. Taką siebie – wojującą, lewicującą żydówkę – pokazała z autoironią w filmie Zelig Woodego Allena. Znana była z ostrych opinii politycznych, w tym krytyki polityki USA, komentarzy do wojen w Wietnamie i na Bliskim Wschodzie, do terroryzmu i supremacji cywilizacji zachodniej. Była autorką powieści, krytycznych esejów na temat literatury, fotografii, teatru lub ogólnie kuluary masowej. Zajmowała się wszystkim co tylko ją zainteresowało i nie ustawała w poszukiwaniach nowej wiedzy. Osoba tak dynamiczna i pełna życia miała tylko jeden lęk: że będzie musiała umrzeć.
David Rieff właśnie ten motyw z życia matki uczynił tematem swojej książki. Przyszedł na świat, kiedy Susan była bardzo młoda. Poślubiła jego ojca, Philippa Rieff’a, gdy miała 17 lat. Rozwiodła się mając lat 25. Jako osoba biseksualna przeszła przez wiele intensywnych związków z kobietami i mężczyznami. Zawsze jednak pozostawała w bliskiej relacji z synem, dziennikarzem i komentatorem politycznym. Książka W morzu śmierci rozpoczyna się, gdy Rieff wraca z zagranicznej wyprawy i dowiaduje się przez telefon, że jego matka ma nawrót choroby (Sontag chorowała na raka od 1976 roku; w 2004 roku zabiła ją ostra odmiana białaczki, spowodowana zbyt intensywną chemią przy leczeniu poprzednich nowotworów).
Bardzo analityczne, do bólu ekshibicjonistyczne i przepełnione wewnętrznymi dialogami wyznanie mocno związanego z matką Rieff’a sprawia dwojakie wrażenie. Po pierwsze książka ta jest raczej próbą odpowiedzi na pytanie: „Czy słusznie postąpiłem? Czy jej nie zawiodłem?”, niż rzetelnym wspomnieniem umierającej matki. Rieff nie poświęca zbyt wiele miejsca biografii Sontag, chyba że uzasadnia ona w jakiś sposób jej postępowanie w okresie śmiertelnej choroby. Zadręcza za to czytelników pytaniami. Czy słusznie postąpił wspierając ją w walce z prawdą, że współczesna medycyna nie jest w stanie pokonać raka. Czy słusznie pozwalał jej wierzyć we własną niezniszczalność, w wyjątkowe szczęście, czy cokolwiek innego, co zmuszało chorą do sięgania po coraz bardziej inwazyjnych i wyniszczających terapie? „Rak = śmierć” – pisała w swoich dziennikach. A więc była świadoma stanu rzeczy. Jednak zamiast podjąć próbę pogodzenia się z własnym umieraniem, szukała własnego cudu.
„Ci, którzy ją kochali, zawiedli ją w końcu, bo żywi zawsze zawiodą umierających” – stwierdził Rieff otwarcie. Ich zdrowie i żywotność oddalało ją od przyjaciół i bliskich. Im bardziej stawało się oczywiste, że walki tej nie wygra, tym bardziej uciekała od rzeczywistości. Pozostawiając za sobą zdruzgotanych bezsilnością przyjaciół i rodzinę.
Ten motyw książki nieco nuży, może nawet irytuje. Rieff stawia wiele pytań o istotę psychicznego stanu zwanego umieraniem i niestety – często sam próbuje na nie odpowiadać, podpierając się słowami filozofów i psychologów. Mierzymy się zatem z rozważaniami intelektualisty, który boi się otwarcie zapytać dlaczego jesteśmy śmiertelni. Zamiast tego stara się zrozumieć powód nieakceptowania tego faktu przez własną matkę. Jakby sam odrobinę podzielał jej wiarę, że tym razem także się uda i na dodatek czuł się winny, że nie potrafi się przeciwstawić tym złudzeniom.
Z drugiej strony Rieff przedstawia stricte dziennikarski opis zmagań z chorobą. Pamiętnikom swojej matki, w których Susan Sontag niejednokrotnie pisze o lęku przed śmiercią, pustką, końcem wszystkiego, David Rieff przeciwstawił faktograficzny i szczegółowy obraz ostatnich miesięcy matki. Nie oszczędził niczego – idiotycznie skonstruowanych ulotek i poradników dla śmiertelnie chorych pacjentów, pretensji do bezsilnych i czasem bezdusznych lekarzy, rozpaczliwych poszukiwań w Internecie w nadziei na pojawienie się cudownego leku, stanów depresji i euforii z nimi związanych, czy histerycznej amnezji matki, która uporczywie wyrzucała z pamięci słowa lekarzy, które nie podsycały jej wiary w cud. Być może fakty te niewiele znaczą dla nas, żywych. Ale stawiając samych siebie przez chwilę w pozycji osoby odchodzącej ze świata żywych, nie sposób odmówić tej książce terapeutycznej mocy. Jakby mówiła: „Nie tylko Ty się boisz. Ten strach dosięga wszystkich. Wszyscy robią głupie rzeczy, żeby nie przyjąć do wiadomości ostatecznego wyroku”. Lekturze tej towarzyszy jednak strach. Wszyscy mamy przecież w głowach wizje godnego przyjmowania wyroków losu kreowanego przez filmy i powieści. Rieff świadomie obala romantyczną wizję ostatecznego pogodzenia się ze śmiercią wykreowaną przez popkulturę. Nie ma nic romantycznego w umieraniu – jest strach, ból, bezsilność, głupota i ucieczka w iluzje. Do samego końca wierzymy, że nam się uda.
„Miała lekką śmierć. Nie wiedziała, że umiera” – wspominała w jednym z kryminałów Joanny Chmielewskiej bohaterka śmierć matki. „Pewnie” – dodała inna bohaterka. – „Żywi jakoś wstrząs przetrzymają”. Tymi słowami w niepoważnej książce udało się zawrzeć poważną treść. O tym zapewne miała być książka Rieff’a. O pogodzeniu się z czyimś odejściem. Jak jednak pogodzić się ze śmiercią kogoś, kto sam umarł niepogodzony?
Rieff zakończył swoje wspomnienie refleksją na temat nadziei. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to nadzieja nieszczera. Jako człowiek patrzący realnie na życie, wie że śmierci nie da się uniknąć. Jedyne na co możemy mieć nadzieję, to uniknięcie umierania.
Tekst dostępny na MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

