poniedziałek, 20 grudnia 2010

Reportaż z podróżnika



Sobota, 27 listopada 2010. Press Club Polska na Krakowskim Przedmieściu wypełniony po brzegi uczestnikami spotkania. Po lewej stronie ekran, po którym leniwie przebiegają dość przypadkowo ułożone fotografie zaproszonych gości. Po prawej kanapa, przy której ma się toczyć rozmowa. Atmosfera swobodna, żartobliwa, wręcz niepoważna. Spotkali się podróżnicy, reporterzy i fotoreporterzy.

Marcin Jamkowski, dziennikarz, fotograf i filmowiec, niegdyś redaktor działu nauki w Gazecie Wyborczej, dziś wolny strzelec, zagorzały fan podróżniczej eksploracji na ziemi i pod wodą. Jakub Mielnik, polski dziennikarz, korespondent BBC, Reutersa, niekiedy podróżnik, autor tekstów unikający fotografowania jak ognia. Joanna Lamparska, dziennikarka przeprowadzająca historyczne śledztwa dla Focusa czy Trevellera, autorka przewodników po Dolnym Śląsku, tropiąca zaginione poniemieckie skarby. Paulina Wilk od siedmiu lat pisząca dla Rzeczpospolitej, zafascynowana Indiami i historiami z indyjskich ulic. Maciej Biernacki, fotograf m.in National Geographic, Travellera, uczestnik wielu wypraw, mistrz taniego podróżowania.

Śladem uczestników spotkania, zanim przejdziemy dalej dokonajmy krótkiej analizy pojęć. Na słowo podróżnik od razu w głowie pojawia mi się obraz trapera z plecakiem na samotnym szlaku. Reporter to ten pan z notatnikiem, który zaczepia ludzi w obcych miastach i spędza długie godziny pijąc z nimi tajemnicze napoje. Fotoreporter za to musi mieć teleobiektyw i kamizelkę z wieloma kieszeniami, prawda? Błąd. Jak się okazało podróżnicy nie koniecznie muszą przemierzać pustynie, reporterzy bywają turystami, a kamizelka z kieszonkami to dla fotografa straszny obciach.

Marco Polo kłamie

Czym różni się reporter od podróżnika? Zdaniem Marcina Jamkowskiego, pisma włoskiego podróżnika doskonale pokazują te różnice. Ambitny Włoch, swego czasu ekspert od Jedwabnego Szlaku, z pewnością nie był reporterem. W jego opowieściach o obcych krajach nie zabrakło jednorożców, mitycznych królestw i – bądźmy szczerzy – uprzedzeń rasowych. Jest w nich wszystko – koloryt, kultura, polityka, legendy, religia. Brak tylko podstawowego elementu dziennikarstwa: wiarygodności. „Nie jesteśmy szermierzami prawdy” – podkreśla Jakub Mielnik. Jednak uczciwość jest jednym z elementów reportażu, zaraz obok osobistej refleksji, subiektywnej obserwacji. Chodzi o to, żeby opisywać to, co się rzeczywiście widziało lub słyszało. Jest to krytyka wszystkich tych podróżników/turystów, którzy nigdy nie wychylili głowy poza utarte szlaki agencji turystycznych czy przewodnikowe standardy. Nie oznacza to, że turysta nie może być podróżnikiem. Jeśli stara się doświadczyć otaczającego go, nowego świata, jest nim jak najbardziej. Jako przykład Joanna Lamparska przytoczyła zorganizowany pod hasłem „Smaki Meksyku” zlot dziennikarzy z całego świata. Ideą wyprawy miało być poznanie kuchni meksykańskiej w jej ojczyźnie. Wykonanie było skrajnie odmienne: grupa organizatorów „w operowych strojach”, jak to skomentowała Lamparska, ciągała dziennikarzy od jednego ekskluzywnego bankietu do drugiego. Kulminacyjnym punktem było przejście jedną z meksykańskich ulic, gdzie bezdomnych i biedaków obsługa luksusowych bankietów karmiła resztkami po zagranicznych dziennikarzach... Efekt był jeden: dziennikarze popadali w coraz większą depresję i brak apetytu, a o samym Meksyku nie dowiedzieli się zupełnie nic. Jak więc stworzyć reportaż z podróży, który ma coś do powiedzenia? „Podróżnik podróżuje z punktu A do punktu B, a dziennikarz szuka historii” – podkreśla Jakub Mielnik.

Po pierwsze: czytać

„Turysta ma takie przygody i niespodzianki, za jakie zapłacił. Podróżnik ma takie przygody i niespodzianki, na jakie zasłużył” – żartuje Maciej Biernacki. Do wyprawy trzeba się przygotować – poczytać, poszperać, popytać. Głównie żeby uniknąć kompromitacji, jak ostrzegała Joanna Lamparska. Sama zaliczyła wpadkę próbując kupić sobie w Birmie elegancką sukienkę w... sklepie dla mnichów. Szata była piękna, ale nie miała nic wspólnego z suknią w naszym rozumieniu.

Czasem zaplanować trzeba nawet temat, a potem szukać na miejscu i kombinować z tym, co się zastanie. Wtedy idealnym wyjściem jest zrobić rekonesans, wrócić i wejść do redakcji z gotowym pomysłem. Nikt nie powiedział, że nie można nam wracać na znane szlaki. W ten sposób na przykład Marcin Jamkowski stworzył swój materiał o Mieście Śmieciarzy w Kairze. Pojechał, zobaczył coś i wrócił, żeby się w temacie zagłębić. Należy do tej grupy podróżników-dziennikarzy, którzy wspinają się, nurkują, zaglądają do niedostępnych miejsc. Nie boi się wyjść swojej historii na przeciw.

Część reporterów, zwłaszcza w rejonach ogarniętych konfliktem, korzysta z pomocy tzw. fixerów, czyli lokalnych tłumaczy, dziennikarzy, którzy za pieniądze zbierają informacje, ustawiają spotkania, organizują wywiady i kontakty. Wtedy dziennikarz zbiera opowieści w barach, taksówkach czy hotelach, nie dotykając realnych wydarzeń. Przypomina to pisanie przewodników na podstawie informacji z internetu – niby to wszystko fakty, ale już przez kogoś opowiedziane, przetworzone. Reportaż oparty wyłącznie na cudzych opowieściach może być świetnym obrazem np. lokalnych poglądów czy lęków, ale nie może udawać rzetelnej relacji.

Jak zagaić autochtona?
Każdy ma swoje metody szukania bohaterów, nawiązywania z nimi kontaktu. Joanna Lamparska otwarcie przyznaje, że stara się wtargnąć swoim bohaterom do łazienki. Wiele potrafi wyczytać z kosmetyków na półeczce, lekarstw w apteczce, czy samej estetyki miejsca. Drugą jej metodą jest zadawanie osobistych pytań zupełnie nieznanym osobom. Zdarzało się jej zagaić płaczącą kobietę w pociągu słowami: „Wstrętni ci faceci. Który tak Panią urządził?” i uzyskać opowieść o niedoszłej karierze w Bollywood.

Temat można znaleźć wszędzie. Stojąc na wybrzeżu, fotografując rybaków, pytać czy mają wystarczającą ilość ryb, czy jest im gorąco, czy to co robią jest niebezpieczne. Jeśli nie ma ryb – jest temat. Bo rybacy żyją z ryb, a skoro ryb nie ma, jak mają się utrzymać? Żeby zdjęcie wyrażało bliskość, albo żeby móc przebywać długo w jednym miejscu także fotograf musi też nawiązywać więzi. Spędzić nieco czasu z portretowanymi ludźmi. Może wtedy, zupełnie przypadkiem (jak Joanna Lamparska i jej fotograf Piotr Małecki w trakcie reportażu o poszukiwaczach skarbów) może stać się świadkiem małego cudu. Na przykład takiego, w którym jeden z bohaterów reportażu, rozczarowany bezowocnym poszukiwaniem poniemieckich skarbów na Śląsku kopnął wapienną formację skalną. I o to – na oczach fotografa – kawałek wapienia odłupał się i wraz z ukrytym pod nim niemieckim pistoletem spadł na ziemię. Takie cuda wymagają jednak pewnego wysiłku... Fotograf zawsze musi się trochę nabiegać, żeby zdobyć coś nowego, nowy punkt widzenia, nowe ujęcia: w domu, w pracy, na spacerze, w autobusie.

Za to reporter siedząc w jednym miejscu, nie szukając sensacji, ale tworząc relacje z ludźmi może odkryć temat tuż za rogiem. „Ja się po prostu gapię” – twierdzi na przykład Paulina Wilk. Jej reportaże powstają w domu, kiedy już przetworzy i przyswoi doświadczenia. Nie lubi robić notatek, nie szuka wyjątkowości, stara się zrozumieć codzienność Indii. Dla niej tekst nie polega na doświadczaniu czegoś, ale na próbie zrozumienia. Twierdzi też, że kobietom w pewnych sytuacjach bywa łatwiej – łatwiej wejść do domu, łatwiej zwiedzić ukryte przestrzenie, szczególnie w kulturze orientalnej. Jej metoda to pozwolić się nakarmić. Zaofiarowanie posiłku jest jedną z oznak zaufania, a sam sposób podania czy zachowanie pani domu może stać się świetną historią.

Sprzętologia

Zdaniem Macieja Jeziorak, fotografa z Napo Images najbardziej przydatną rzeczą w podróży jest sznurek. Można nim coś związać, powiesić na nim pranie, używać jako paska... Tysiąc i jedno zastosowanie. Każdy podróżnik ma taki swój niezbędnik. Dla Macieja Biernackiego to będzie statyw i koszula. Statyw – ponieważ fotograf wygląda z nim profesjonalnie (a nie jak turysta), prawie jak z telewizji. Trudniej go wtedy skądś wyrzucić, albo zabrać aparat. Wartości obronne statywu też należy doceniać. Koszula? Zdaniem Biernackiego – w t-shircie wygląda się zbyt luzacko, turystycznie, a przysłowiowa kamizelka z kieszonkami lepsza jest dla wędkarzy, bo fotograf wygląda w niej żenująco. Poza tym kamizelka grzeje. Koszula za to wygląda wystarczająco oficjalnie, ale nie zbyt sztywno. Oczywiście prawdziwa koszula z kołnierzykiem i guzikami. Marcin Jamkowski nie przepada za to za statywami, ale lubi mieć pod ręką ulubiony aparat. Taki, który najlepiej zna i potrafi najszybciej ustawić. Lubi także być traktowany niepoważnie i niewidocznie, dlatego stara się nie rzucać się w oczy.

Dziennikarze nieco mniej uzależnieni są od sprzętu, bardziej od możliwości kontaktu ze światem. Zdaniem Jakuba Mielnika wszystkie niezbędne rzeczy zawsze można kupić na miejscu. Nic nie zastąpi jednak pamięci i notatnika. Zdarzyło mu się parę razu zawieść na super odpornym komputerze ze specjalną, wielką baterią i innymi bajerami. Najprościej w świecie programiści zapomnieli zainstalować właściwych sterowników. Notatnik jest częstym atrybutem reportera, chociaż ich rozmówcy nauczyli się już oczekiwać dyktafonu. Nie za wielu podróżujących reporterów naprawdę go używa. Dyktafon czyni rozmowę mniej osobistą.

Cenną rzeczą może się okazać długopis. „W Kenii długopis jest droższy od pieniędzy. Trzeba mieć z 50, bo każde dziecko chce go dostać” – śmieje się Paulina Wilk. Podkreśla, że jak długo się da, dziennikarz powinien omijać oficjalne drogi budowania historii. W niektórych rejonach „dziennikarz” automatycznie równa się „szpieg”, trudno mu swobodnie poruszać się po kraju z lokalną policją na karku. Jak długo się da należy podróżować „zwyczajnie”, bez drogiego sprzętu, zdając się na długopis i własną pamięć.

Z pamiętnika początkującego dziennikarza

Mamy już reportaż i chcemy go opublikować. Jak? Gdzie? Większość gazet ma sprecyzowaną wizję świata: Zachód to Waszyngton, Wschód – Moskwa, Południe – Rzym, a Północ? Północ dla Polaków niemal nie istnienie. Coraz mniej interesują nas historie ze świata, coraz bardziej ograniczamy się do własnego podwórka. Niech pani napisze o Gambii”- przedrzeźnia Joanna Lamparska wyimaginowanego redaktora. „O czym to może być?” – podejmuję grę Marcin Jamkowski. „Może o problemach żywieniowych w Gambii?” grają dalej. „Nie mam czasu” – odpowiada udawany redaktor. „Może o pięknych plażach” – kontynuuje dziennikarka. „Świetnie. Na kiedy pani napisze?” – pada odpowiedź. Zdaniem Joanny Lamparskiej redaktor zwykle nie wie czego chce lub nie ma pojęcia o temacie. Zamówiono u niej kiedyś reportaż o dużym Fiacie, który przez trzy miesiące przygotowywała. Na trzy dni przed terminem redaktorka napisała beztroskiego maila: „Jak tam nasz maluszek?”. W trzy dni powstał nowy materiał, ale i tak wielka praca przepadła.

Jak więc obronić temat? Większość dziennikarzy-freelancerów przyznaje, że aby podróżować, trzeba mieć inne źródło dochodów, drugi zawód lub etat. Fotograf dorabia zdjęciami komercyjnymi lub sprzedając swoje zdjęcia jako fotografie artystyczne, na przykład turystom podróżującym do rejonu, w którym taki fotograf pracował. Zdaniem Macieja Biernackiego, bywa to całkiem opłacalny biznes. „Prasa jest teraz biedna” – przyznaje Marcin Jamkowski. Czasy, kiedy redakcja proponowała budżet i wysyłała dziennikarza w delegację na materiał dawno minęły. Dziś trzeba się o materiał samemu wystarać i umiejętnie go sprzedać. Z jednego wyjazdu można jednak wycisnąć więcej niż jeden materiał. Jeśli dobrze to rozegramy, wyjazd może się jeszcze zwrócić. Dla Pauliny Wilk ratunkiem jest dodatkowe zajęcie: recenzje muzyczne, etat dziennikarki. Uważa, że ma szczęście, bo jej reportaże z Indii znajdują „kupca”, ale gdyby nie etat, pewnie by nie podróżowała.

De facto żaden z zaproszonych gości nie ma wykształcenia reporterskiego czy dziennikarskiego. Maciej Biernacki jest z wykształcenia geografem, Marcin Jamkowski – chemikiem. Jakub Mielnik skończył historię, Paulina Wilk – politologię, a Joanna Lamparska wciąż studiuje, bynajmniej nie kierunki dziennikarskie. Można powiedzieć, że przecierali szlaki własnymi pomysłami i to samo doradzali wszystkim początkującym w zawodzie. Zgodnie z ich definicją reportażu z podróży, można stwierdzić, że reporter nigdy nie jeździ na wakacje. Z drugiej strony – na wakacjach robiłby to co lubi, czyli poznawał świat swoją własną, opatentowaną metodą. Z bliska.

Artykuł jest podsumowaniem spotkania z 27 listopada 2010 „Zbierać fotografie to zbierać świat“ (Press Club Polska); gośćmi byli fotoreporterzy i dziennikarze:; prowadzenie: Maciej Jeziorek i Ewa Meissner z Napo Images.

Recenzja festiwalu "Warszawa bez Fikcji", portal MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Łatwiej rozmawiać z katem

Każdy dzień festiwalu reportażu „Warszawa bez fikcji” kończył się debatą w warszawskiej galerii Zachęta. Także w piątek 26 listopada 2010 roku widzowie zgromadzili się w tzw. sali betonowej, żeby wysłuchać debaty, która okazała się w żadnym razie nie być debatą. Gdyby nie zaproszone jako goście autorki poruszających książek o ludzkim cierpieniu: Swietłana Aleksijewicz autorka książki „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, oszczędnego w metafory obrazu kobiecego doświadczania wojny, Daša Drndic, autorka opartych na faktach powieści historyczno-dokumentalnych, oraz polska dziennikarka i autorka książki o Jedwabnem, Anna Bikont.

Prowadząca dyskusję Joanna Szczęsna starała się zadawać obszerne pytania. Na szczęście odpowiedzią było doświadczenie zapytanych. I chociaż „dyskusji” zdecydowanie brakowało tezy i dynamizmu. Trudno stwierdzić, co było tematem debaty i jaki był jej wniosek, ale sam sposób, w jaki bohaterki spotkania opowiadały o swojej pracy okazał się niezwykle interesujący...

Recenzja festiwalu "Warszawa bez Fikcji", portal MojeOpinie.pl


Czytaj więcej...

czwartek, 9 grudnia 2010

Odczarować wolontariat

Zdjęcie z portalu GazetaPraca.pl

Rok 2011 będzie Europejskim Rokiem Wolontariatu. W jego połowie prezydencję w UE przejmie Polska - kraj, w którym darmowa praca na rzecz innych nie cieszy się najlepszą opinią. Czy wolontariat to mocny punkt w CV? 


- Skupmy się na sukcesie, a nie na ideałach - usłyszała kandydatka na handlowca podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych, kiedy chciała opowiedzieć o szukaniu sponsorów dla organizacji pozarządowych.

Na rynku są firmy, które same prowadzą akcje woluntarystyczne, ale są też takie, w których społecznicy postrzegani są jako osoby mało przydatne. Zdarzają się sytuacje, że wolontariat jest odbierany przez pracodawcę jako porażka w szukaniu płatnej pracy albo dowód na naiwność kandydata. Najczęściej jednak ten temat na rozmowie kwalifikacyjnej zostaje po prostu przemilczany.

- W naszej kulturze, szczególnie w krajach postkomunistycznych, wolontariat niestety często kojarzy się z pracą za darmo, "frajerstwem" - uważa Agnieszka Moskwiak zajmująca się w ramach programu "Młodzież w działaniu" Wolontariatem Europejskim. - Dane wskazują, że poziom zaangażowania Polaków w wolontariat jest znacznie poniżej średniej dla Unii Europejskiej, która wynosi 23 proc. - podkreśla.

Badania przeprowadzone przez stowarzyszenie Klon/Jawor we współpracy z Millward Brown SMG/KRC pokazują, że w 2009 r. zaledwie 12,9 proc. Polaków poświęciło swój czas na rzecz innych w ramach wolontariatu. Zainteresowanie wolontariatem z roku na rok maleje.

Artykuł opublikowany w papierowym wydaniu Gazeta Praca, 9 grudnia 2010
Wersja elektorniczna: GazetaPraca.pl
Czytaj więcej...

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Wolontariat, staż czy praktyka?

Bezpłatna praca z potrzeby serca, to wolontariat. Praca za darmo lub za niższą płacę dla zdobycia doświadczenia - tak definiuje się praktyki i staż. Warto nauczyć się odróżniać jedno od drugiego, tak abyśmy sami mogli zdecydować komu poświęcamy nasz czas i naszą pracę. 


Praktyka, staż lub wolontariat na rzecz wybranej firmy lub organizacji oznacza nie tylko doświadczenie czy punkt w życiorysie. Jest to też świadome oddawanie swojego zaangażowania na rzecz wybranej organizacji. Zgodnie z polskim prawem, wolontariuszem jest osoba, która poświęca swój czas organizacji pozarządowej działającej dla publicznego dobra. A zatem żaden wolontariusz pracujący dla komercyjnej firmy w myśl polskiego prawa nie jest wolontariuszem. Nie zawsze jest też stażystą. Warto upewnić się, czym różnią się te dwa terminy, zanim poświęcimy swój czas pracując wyłącznie za uczucie satysfakcji.
Artykuł ukazała się na portalu GazetaPraca.pl
Czytaj więcej...

piątek, 3 grudnia 2010

Śmierć wydajności!

Artykuł jest podsumowaniem spotkania, które odbyło się w ramach festiwalu „Warszawa bez fikcji” 26 listopada 2010 roku:
„Teatr mediów — przesuwanie granic” (Yours Gallery) udziałem: Rafała Milacha, Łukasza Sokół, Adama Lacha, Beaty Łyżwy Sokół, Jacka Wasilewskiego; prowadzenie: Jakub Śwircz.
Po pierwsze: dlaczego fotografujemy? „Ludzie bardzo chcą, żeby rzeczywistość istniała, więc chcą ją fotografować” – kontynuował swoją myśl Wasilewski. Według jego teorii fotografujemy rzeczywistość aby skopiować, zdjąć kawałek i stworzyć dokumentację tego, co jest. Skąd wiadomo, że byliśmy na wakacjach w Egipcie – z fotografii. Kiedy jest już zdjęcie, zaczyna się proces powtarzania go na wszystkie sposoby. Ponieważ niemal każdy zakątek świata został już sfotografowany i pokazany w mediach, widz szuka w realnym świecie obrazów, które już zna. Cała turystyka opiera się na takim odtwarzaniu „widoczków”. W ten sposób rzeczywistość kurczy się w zastraszającym tempie. Turyści rzadko chcą widzieć coś innego niż znane z folderów i podróżniczych magazynów widoczki.

Pokazuje to, jak rola mediów, w tym fotografii, zmieniła się na przestrzeni lat. Kiedyś gazety były oknami na daleki świat, pokazywały nieznane światy tym, którzy nie mogli podróżować, często inspirując ich do zwiedzania tego świata. Dziś telewizja, Internet przejęły pałeczkę. Paradoksalnie, im więcej widzimy na ruchomych obrazkach, tym częściej siedzimy w miejscu, podróżując jedynie wzrokiem. Właśnie dlatego fotografia, nazwijmy to umownie, ambitna jest tak potrzebna. Przełamywanie kultu widoczków leży w rękach fotografów, którzy starają się pokazywać znaną rzeczywistość pod innym kątem. Zdaniem gości spotkania fotografia jest czymś zupełnie innym niż zdjęcie, czyli kopiowanie, zdejmowanie rzeczywistości na własny użytek.


Recenzja festiwalu "Warszawa bez FIkcji", portal MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...

wtorek, 30 listopada 2010

Teraz wielcy i znani, a kiedyś...

Współzałożyciel i twórca marki Sony Akio Morita.
Wielu z nas wierzy, że stworzenie świetnie sprzedającego się produktu wymaga genialnego umysłu i szczegółowych planów, zanim jeszcze przystąpi się do pracy. Najpotężniejsze firmy na świecie mają do opowiedzenia zgoła odmienną historię.

Spośród największych firm wiele zaczynało jako mały tartak, domowe laboratorium albo firma przewożąca suszone ryby. Guma do żucia i Coca-Cola w zamyśle swoich twórców miały być raczej produktem przemysłowym niż hitem smakowym. Kuchenka mikrofalowa stanowiła prototyp broni, a papierosy Marlboro, zanim stały się synonimem "męskości", sprzedawane były jako wykwintne cygaretki dla pań W świecie prawdziwego biznesu radykalna zmiana perspektywy jest jednym z warunków przetrwania. Czasem okazuje się także źródłem wielkiego sukcesu.

Poszukiwanie produktu idealnego

Na początku II wojny światowej młody syn bogatego producenta sake, Akio Morita, wstąpił do japońskiej armii. Fakt ten, z pozoru nieistotny dla historii późniejszego giganta w świecie elektroniki był jednak częścią misternego planu młodego studenta fizyki, marzącego o wielkich wynalazkach. Młody Akio chciał dostać się do ekipy inżynierów wojskowych, a nawet na wojskowe studia, gdzie mógłby poznać meandry nowoczesnej techniki. Ulokowany w małym, cywilno-wojskowym laboratorium we wschodniej Japonii Morita poznał swojego przyszłego partnera biznesowego i przyjaciela - młodego cywilnego inżyniera Masaru Ibukę.

Przyjaźń ta zaowocowała kilka lat po wojnie. Ibuka był wówczas szefem Tokijskiego Laboratorium Badań Telekomunikacyjnych, małej firmy, która usiłowała stworzyć... elektryczne urządzanie do gotowania ryżu. Niestety, okazało się ono "niewypałem". Trochę lepiej poszło mu z produkcją poduszek elektrycznych oraz sprytnych urządzeń pozwalających przestroić popularne radioodbiorniki z fal średnich na fale krótkie. Ibuka marzył jednak o wielkim przełomowym produkcie, nowych technologiach. I tutaj przyszedł mu z pomocą młody Morita, który namówił swojego ojca, by zainwestował w firmę przyjaciela. W ten sposób 7 maja 1946 roku powstała Tokijska Spółka Telekomunikacyjna (Tokyo Trushin Kogyo Kabushiki Kaish) z siedzibą na drugim piętrze spalonego domu handlowego. Kapitał zakładowy stanowiła równowartość 500 dolarów, a właścicielami został tandem Ibuka-Morita.

Początkowo firma utrzymywała się ze sprzedaży części zamiennych do gramofonów. Przełomem było zamówienie z japońskiej stacji radiowej HNK, dla której TST wyprodukowała mikser dźwięku. Dostarczając go osobiście, Ibuka zobaczył coś, co zmieniło jego sposób myślenia - amerykański magnetofon taśmowy. Od pierwszej chwili wiedział, że właśnie ten produkt jego firma powinna badać i ulepszać. Ponieważ nie było możliwości, by sprowadzać taśmy z Zachodu, firma Ibuki wyprodukowała własną z celofanu, który, niestety, rwał się i rozciągał. Dlatego wkrótce celofan zamieniono na specjalny papier pokrywany powłoką z podgrzewanego (na patelni) szczawianu żelaza. Z czasem chałupniczą procedurę oczywiście ulepszono, aż do powstania pierwszej "Soni-Tape" - japońskiej taśmy magnetycznej wraz z odtwarzającym ją magnetofonem o nazwie G-type.


...

Wytwórnia papieru Nokia? Karty do gry Nintendo? Opony Motorola? Traktor Lamborghini?
Zachęcam do przeczytania, jak dziwacznymi drogami dochodzi się czasem do sukcesu. 


Cały artykuł dostępny jest  na portalu GazetaPraca.pl 

Zdjęcie: za GazetaPraca.pl 
Czytaj więcej...

poniedziałek, 29 listopada 2010

Reporter nigdy nie wraca z wojny

Artykuł jest podsumowaniem dwóch dyskusji, które odbyły się w ramach festiwalu „Warszawa bez fikcji” 25 listopada 2010 roku:
„Z Czeczenii i Afganistanu” (Instytut Reportażu — Księgarnia Wrzenie Świata) z udziałem Wojciecha Jagielskiego i Åsne Seierstad; prowadzenie: Marcin Wojciechowski;
Debata: „Reporter – świadek obojętny? / Co ty wiesz o zabijaniu?”, (Zachęta Narodowa Galeria Sztuki), z udziałem Åsne Seierstad, Petera Fröberg-Idling, Wojciecha Jagielskiego; prowadzenie: Jacek Żakowski.
„Jestem sentymentalnym robotem” – mówi o sobie Wojciech Jagielski, odpowiadając na pytanie, jak radzi sobie z emocjami swoich bohaterów. Zdaniem polskiego dziennikarza, reporter zawodowo cierpi na pewien rodzaj rozdwojenia jaźni. Na wojnę jedzie Jagielski-reporter, do domu wraca Jagielski-ojciec, mąż. „Wojna jest wyjątkiem, ekstremum w moim życiu” – opisuje Seierstad. Ona też ma rodzinę, do której wraca z prawdziwą ulgą. Wytworzyła pewien filtr rzeczywistości, który pozwala jej oddzielić pracę od domu. Reporter na wojnie nosi często kamizelkę kuloodporną na zewnątrz, ale podobny pancerz potrzebny jest też w środku. Każdy indywidualnie wyznacza granice zaangażowania.

Zdaniem Jagielskiego, każdy dziennikarz powinien do tych granic podchodzić, ale nie należy ich przekraczać. Z punktu widzenia czytelnika jest to niemal okrucieństwo. Tyle, że nikt z nas nie wykonuje zawodu, który wymaga podjęcia odpowiedzialności za naruszenie czyjejś codzienności, odpowiedzialność za wzbudzenie emocji, odpowiedzialność za narażenie bohatera na prześladowania czy nawet śmierć. Gdyby nie dziennikarska zbroja, reporter nie mógłby opowiedzieć więcej niż jednej historii, ponieważ zatonąłby w niej i zniknął.



Recenzja festiwalu "Warszawa bez Fikcji", portal MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...