No i skończył się dzień dziecka. Azja musiała wrócić do kraju zim, zawirowań gospodarczych i wściekłych kierowców. Pierwsze co zobaczyła to śnieg. Nie był to pierwszy śnieg w jej życiu, ale z pewnością był takim dla sympatycznej Malezyjki z siedzenia obok. I ten jej niewinny zachwyt i pytanie: "Czy tu zawsze pada śnieg?" - osłodziły lądowanie w zimnej Polsce. Ale i tak czuję się, jakbym miała hipotermię i męczę się w tak grubej warstwie ubrań. Do tego Tajlandia zmieniła mój punkt widzenia na ojczyznę. Może i Polska jest piękna, ale Polakom zdecydowanie do piękna duszy brakuje...
Podstawowa różnica między Polską a Tajlandią to temperament. Polacy mają raczej urozmaicony, ale nie skrajny apetyt na życie i temperament. Ale są też ludźmi gwałtownych żądań i szybkich rozczarowań. Tajlandczycy, jak to z buddystami bywa, nie spieszą się, nie są nachalni, nie skreślają żadnej szansy dopóki nie wyczekają do jej absolutnego wyczerpania. Dominuje wśród nich życzliwość. Źle znoszą zbiorowe narzekania, które są domena Polaków.
Tajlandzcy kierowcy zadziwiają cierpliwością i tolerancją. W Polsce stanie na środku ulicy z mapa i próbowanie rozpracowania stron świata przez 10 minut skończyło by się serią klaksonów, awanturą i bluzgami przynajmniej jednego dawcy testosteronu. Tajowie czekają cierpliwie, uśmiechają się, a nawet pomagają z mapą. To sprawia, że przyzwyczajony do dominacji samochodów na ulicach Europejczyk czuje się głupio blokując ruch. A jest to tym bardziej bezsensowne, że nikt od niego takiego poczucia wstydu nie wymaga. Skoro pies może tam spać na autostradzie, to czemu nie człowiek? Przyznam, że tego kompletnie nie rozumiem, ale to fakt. Zazdroszczę go Tajom ogromnie.
Zimno. Myślę, że to właśnie zimno wykreowało europejską kulturę indywidualną - zimne wieczory i noce, zmuszające nas do wysiadywania przy ciepłym ognisku domowym. W upalne Tajlandzkie wieczory ludzie szukają tam towarzystwa. Całodobowe, całonocne markety, restauracje uliczne otwarte do późnej nocy, szereg imprez i spotkań - całe to nocne egzystowanie oddziela dzień pracy od wieczora odpoczynku. Po 22 zaczynają przemykać przez miasto skutery i tuk-tuki (motocyklowe riksze), pełne młodych i starszych ludzi. Przed zamkniętymi warsztatami gra się w warcaby, chińskie szachy i nieznane mi gry karciane. Ludzie pędzą do świątyni, czyszczą przydomowe ołtarzyki, spotykają się z rodziną. Chociaż Tajowie w zasadzie prawie wcale nie tańczą, to jednak ich sposób świętowania jest ujmujący. Hasłem jest "dużo": dużo ludzi, dużo jedzenia, dużo muzyki, dużo cierpliwości. Dużo zabawy.
Życzliwość to cecha, o którą i w Polsce nietrudno. Ale trudno znaleźć w nas, Polakach, skłonność do rezygnowania z małych triumfów, czy to finansowych, czy czysto zawistnych. Może i mało znam Tajów, ale nie spotkałam się z sytuacją, gdy pełny od gości hotel nie polecił nam innego, naprawdę miłego noclegu. Nawet targowanie się z pobłażliwie uśmiechniętym taksówkarzem bywa przyjemnością. Rozmaite gafy turystów (w tym natarczywe fotografowanie świątyń w trakcie obrzędów i modlitw) nie burzą spokoju ducha Tajlandczyków. Chętni są do częstowania nas tajemniczo wyglądającymi przekąskami i z dumą obserwują nasz kulinarny zachwyt. Duma...
Duma i świadomość wartości własnego kraju jest tym, co Tajów wyróżnia. Tajlandia nigdy nie uległa kolonizacji; jeden z niewielu krajów, gdzie buddyzm jest religią panującą (każdy mężczyzna musi w wieku chłopięcym spędzić choć trzy miesiące w klasztorze); monarcha jest otaczany sympatią - podróżuje po kraju niosąc światło buddyzmu i słuchając głosu poddanych. Słoń jest tu skarbem narodowym, dziedzictwo kulturalne wizytówką, a zachwyt i spokój przyjezdnych ambicją. Kraj idealny dla turystyki - ani służalczy, ani nieprzyjazny. Wpadamy przecież do Tajlandii w gości. I jako goście otaczani jesteśmy troska i szacunkiem. Jednocześnie pozostawieni sami sobie - własnym wyborom i decyzjom. Nikt nie sprawdza co i dlaczego oglądamy. Tajlandzkie biuro turystyki (TAT) pomaga wybrać hotel, kupić bilet, zorientować się w cenach. Oczywiście nie jest to utopia wolna od nadużyć; no i oczywiście - każdy kraj azjatycki ma swój półświatek, ale amatorzy atmosfery zagrożenia i grozy muszą się tu sporo naszukać, aby pobudzić produkcje adrenaliny w starciu z miejscowym "elementem".
Zapach - aromat Tajlandii jest bardzo skomplikowany i tajemniczy. Każdy rejon ma swoje potrawy i zapachy. Wszędzie - o każdej porze roku - możemy tu znaleźć kwiaty, zresztą bardzo lubiane przez Tajów. Także kwiaty wodne - w wielkich, glinianych donicach wypełnianych świeżym płynem i narybkiem. Jakiś tajemniczy składnik jedzenia sprawia, że kraj w którym turyści regularnie spływają potem w ogóle nie ma zapachu tego potu. Tajlandia pachnie ulicznymi kramami z jedzeniem, owocami i czasem benzyną. Trudno przypomnieć sobie ten aromat, ale pamiętam, że był przyjemny.
Na koniec pierwszej refleksji o tym wojażu kolejny zachwyt - Twarz Buddy. Tajemniczo uśmiechnięty prorok tej religii-filozofii patrzy na nas spod na wpół przymkniętych powiek kilkuset tysięcy posągów. Każda ulica onieśmiela złotym zdobieniem świątyń, a płatki złota przyklejane na szczęście do stóp i dłoni posągów nadają im pozory życia.
Nie wiem czemu, czerpiąc z indyjskiego gestu, czułam potrzebę dotknięcia stóp tych posągów i przyłożenia śladu tego dotknięcia na mojej dłoni do serca. Gest ten w hinduizmie oznacza szacunek dla rodzica, mistrza... Budda przemówił do mnie bez słów poprzez tajemniczość swoich tysięcy twarzy. Świątynie w Tajlandii nie służą zwiedzaniu, ale kontemplacji. Jeśli będąc w nich nie doświadczyłeś tego stanu spokojnej radości - nie byłeś tam naprawdę. Natychmiast wracaj i spójrz w oczy leżącemu Budźdźie w Wat Pho. Niech jego ogromna źrenica przypomni ci o wartości twojego własnego życia, kiedy uświadamiasz sobie, iż największą nauką Buddy był zdrowy egoizm. Bo tego nauczyli mnie Tajowie - ogarnij swoje życie, a będziesz w stanie przekazać dar spokoju innym obok ciebie. Szlachetny egoizm daje spokój.
Piękne przesłanie.
Czytaj więcej...
poniedziałek, 2 lutego 2009
czwartek, 15 stycznia 2009
Potem... po prostu
...Bo mimo wszystko jestem kobietą…
Wiem. Poznałem po spódnicy!
Abstrahując od kabaretu POTEM, który genialny był i się rozwiązał, to chwilowo mój tekst tygodnia.
Po czym rozpoznaje się współczesną kobietę?
Czytaj więcej...
czwartek, 8 stycznia 2009
Do not be Evil po katolicku...
„Do not be evil” – takie jest oficjalne motto pewnej znanej firmy internetowej. Firma ta uwielbia się chwalić świetną atmosferą pracy, dbaniem o zatrudnionych i rozdawaniem akcji własnej firmy wśród owych zatrudnionych.
„Do not be evil – Nie wyrządzaj zła” pojawiło się w Google – bo o tej firmie mowa – w czasach jej najszybszego rozrostu, gdzieś w 2001 roku. W okresie, gdy przyrost pracowników sięgał kilkudziesięciu miesięcznie, starannie wypracowany klimat firmy zaczynał zanikać. Aby podtrzymać specyfikę pracy zwołano burzę mózgów. W burzy tej, padło wiele postulatów, jak podtrzymać „rodzinną” atmosferę, ale wszystkie dało się zamknąć w jednym zdaniu – Do not be evil.
Zaskoczyła mnie wiadomość, że właśnie takie motto ma firma Google. Nie bardzo pasuje mi ono do prób przejęcia kilku freewerowych przeglądarek, zgody na filtrowanie treści w chińskim Internecie, czy wszędobylskich reklam Googla. A teraz świat obiegła nowa informacja – Google wypuścił wersję wyszukiwarki dla katolików, wyposażoną w groźne filtry, preferującą strony katolickie i podające nam jedyne „słuszne” poglądy. Rozmaici internauci ruszyli do boju, udowadniając programistom z Googla, że ich filtry są jak pałac z zapałek. Owszem – nie da się w tej wyszukiwarce znaleźć żadnych powszechnie używanych inwektyw, a w pierwszych trzech wyszukanych adresach zawsze jest jakieś „church”, ale z sieci można wyłuskać kilka bardzo ciekawych złośliwostek. Po pierwsze – wpisując słowo „sex” narażamy się na bombardowanie stronami opisującymi skandale seksualne z udziałem księży. Po drugie – wyszukiwarka w miarę dobrze radzi sobie jedynie z językiem angielskim. Użytkownicy innych języków raczej na nią narzekają. Po trzecie – nie jest to ani nowość, ani rewolucja.
Polecam odwiedzić wcześniejsze przeglądarki (którym Google zresztą patronuje):
(oraz mały dodatek: WhatWouldJesusDownload.com)
Polskie, acz słabo działające: http://szukaj.katolicy.net/
Oraz inne:
I z pewnością inne… Chociaż bawi mnie pomysł urozmaicania Googla różnymi „wzorkami” z okazji świąt, rocznic, itp., to katolicka wyszukiwarka mnie trochę zniesmaczy
ła. A do tego – skoro i tak nie działa…
ła. A do tego – skoro i tak nie działa…Tak na marginesie – Linuks miał system dla chrześcijan: Ichthux. Jest: JesOS™ The First True Christian™ Computer Operating System, a także GodTube, Gospelr, chrześcijański portal randkowy przeznaczeni.pl, itd…
A gdzie masoni i cykliści…?
Czytaj więcej...
wtorek, 6 stycznia 2009
Zróbmy to, zanim dotrze do nas, że to bez sensu...
Utarło mi się, że raz na jakiś czas spędzam pierwszy dzień roku w kinie. Zawsze wybieramy świeży i długo oczekiwany film. Tak się przy okazji złożyło, że pierwszą cześć Madagaskaru obejrzałam z matką moją w święta, więc druga była jak znalazł na Nowy Rok.
O żadnym chyba filmie rysunkowym nie umiem powiedzieć, że był genialny, bo one nie od tego są. Są od opowiadania historyjki dla dzieci (w tym wypadku ciekawa dość przeróbka Króla Lwa), a dla dorosłych od śmiesznych tekstów u postaci. I tych ostatnich było pod dostatkiem. A także pingwinów, które znamy i kochamy.
"Mam dwie wiadomości - dobra i złą. Dobra jest taka, że lądujemy. Zła - że awaryjnie..."
^^
Ale ja nie o tym.
Mnie osobiście uszczęśliwił król Julian - tekstem cytowanym w tytule. To moje motto na ten rok: Wyszaleć się. Zróbmy to, zanim się zorientujemy, ze to bez sensu. A co tam - nawet jak się zorientujemy, to róbmy to. Potem lepiej wspominać, jak się zrobiło z siebie idiotę coś robiąc, a nie unikając robienia.
Mam wrażenie, że we mnie jest wiele z takiego Króla Juliana. Po pierwsze - lubię błyszczeć. Jak większość ludzi, jak mi się zdaje. Po drugie - też z reguły sypię pomysłami i jakoś mi się je udaje zrealizować, zanim mi ktoś powie że to niemożliwe i bez sensu. Z reguły dzieje się to z bardzo wielkim fartem. Może dlatego mam zaufanie do życia. Jakoś to będzie....
A wracając do filmu - Azja zadowolona z oglądania (na razie już dwa razy), zachwycona tekstami ("Zabiliśmy ją? - Nie..." więc cofnęli samochód :D), roześmiana i pełna oczekiwań co do trzeciej części. Tylko gdzie ich tym razem wyślą, skoro w końcu dotarli do Afryki...?
Czytaj więcej...
O żadnym chyba filmie rysunkowym nie umiem powiedzieć, że był genialny, bo one nie od tego są. Są od opowiadania historyjki dla dzieci (w tym wypadku ciekawa dość przeróbka Króla Lwa), a dla dorosłych od śmiesznych tekstów u postaci. I tych ostatnich było pod dostatkiem. A także pingwinów, które znamy i kochamy.
"Mam dwie wiadomości - dobra i złą. Dobra jest taka, że lądujemy. Zła - że awaryjnie..."
^^
Ale ja nie o tym.
Mnie osobiście uszczęśliwił król Julian - tekstem cytowanym w tytule. To moje motto na ten rok: Wyszaleć się. Zróbmy to, zanim się zorientujemy, ze to bez sensu. A co tam - nawet jak się zorientujemy, to róbmy to. Potem lepiej wspominać, jak się zrobiło z siebie idiotę coś robiąc, a nie unikając robienia.
Mam wrażenie, że we mnie jest wiele z takiego Króla Juliana. Po pierwsze - lubię błyszczeć. Jak większość ludzi, jak mi się zdaje. Po drugie - też z reguły sypię pomysłami i jakoś mi się je udaje zrealizować, zanim mi ktoś powie że to niemożliwe i bez sensu. Z reguły dzieje się to z bardzo wielkim fartem. Może dlatego mam zaufanie do życia. Jakoś to będzie....
A wracając do filmu - Azja zadowolona z oglądania (na razie już dwa razy), zachwycona tekstami ("Zabiliśmy ją? - Nie..." więc cofnęli samochód :D), roześmiana i pełna oczekiwań co do trzeciej części. Tylko gdzie ich tym razem wyślą, skoro w końcu dotarli do Afryki...?
Czytaj więcej...
Ewa Białołęcka o tym, jak być cool.
Żeby nie było, że się znęcam - bo się nie znęcam, tylko mam uwagi.
Już po lekturze - czytało się szybko i całkiem przyjemnie, choć zakończenie trochę rozczarowuje. Dość nagle następuje koniec tej całkiem pogmatwanej historii, a do tego fabuła troszkę przewidywalna - ale może ja mam takie skrzywienie, że odgaduję zakończenia (w kilku filmach mi się też zdarzyło, co zdecydowanie odbiera przyjemność oglądania).
Jeśli mam jakieś zastrzeżenia, to do warstwy językowej, która przy okazji burzy trochę odbiór postaci. Rozumiem, że Reszka miała być nowoczesna i młodzieżowa, ale jej sposób mówienia, sposób opowiadania bardzo mnie złościł. Też mam nawyk (smutny, acz się go nie wypieram) pokazywania, że na wszystko mam barwna metaforę. Jak jastrząb pilnuję, żeby mi ta maniera nie zamieniła się w zabawy słowem, które nic do treści nie wniosą. Jedynie pokazują, jaka mam fantazję, elokwencję, wirtuozerię słowa, poczucie humoru...
No tym właśnie mnie autorka zniechęcała na początku - odkładałam tą książkę trzy razy. Uratowała ją treść - mniej więcej w połowie bardzo wciągająca. Trochę tam za dużo było odniesień do serialu "Lost", który ja akurat widziałam (czasami myślę, że niestety), ale nie koniecznie reszta świata musi. Zresztą aluzje do współczesnej "kultowej" fantastyki słały się w książce gęsto.
Absolutnie zmylił mnie tytuł. Miałam nadzieję na wiedźmę internetową, która czaruje w tej nowoczesnej dziedzinie życia. Odniesień do Googla i laptopa było kilka, ale sama akcja książki dzieje się wybitnie na wsi i w atmosferze wiejskiej magii. Z komputerem ma niewiele wspólnego. Kilka pomysłów jest świetnych, ale rozwinięcie zbyt ogólnikowe. Pani autorka ma więc pole do popisu - stworzenie na podstawie tych pomysłów zalążków pod serię, może własną rzeczywistość fantasy... Ma tez niezłe pióro. Jeśli nie stylizuje go na siłę w superwyzwoloną, nowoczesną i silną duchem niezbyt feministkę.
BTW: Ciekawe, czy ktoś mnie tak kiedyś za moje książki zjedzie. Pardon - dokona uwag. ^^
Czytaj więcej...
poniedziałek, 8 grudnia 2008
Szczegół - opowiadanie
Tego dnia w Luwrze nie było tłoku. Grzegorz spokojnie kupił bilet w sympatycznej, sterylnej kasie i nie spiesząc się zaczął iść przestronnymi korytarzami. Jasne barwy marmurów na podłodze i ciemne akcenty zdobień na barokowych ramach wprawiały go w nastrój, który jedynie zaostrzały jego ostatnią obsesję. Szybko dotarł do celu – małej salki, w którym stały dwie rzeźby, a ścianę zdobił tylko jeden obraz, w skromnej ramie ze starego drewna. Siedząc tam kolejny dzień z rzędu zastanawiał się, co właściwie go tu przyciąga.
Gdyby trzeba było opisać Grzegorza, opis byłby barwny. Niegdyś spędzał dużo czasu na motocyklu, często lecąc z niego głową w przód na żużel. W policzki wbiły mu się kilka razy ziarenka żużlowego pyłu, zostawiając brzydkie, niebieskie blizny. Nie szpeciły go jednak
te znaki, ponieważ uroda Grzegorza skłaniała się raczej ku męskiej ostrości, niż ku chłopięcemu urokowi. Proste, ostre rysy, wyraziste oczy (bardzo ciemne) i nonszalancki, lekko upozowany sposób bycia byłego zawodowego kierowcy. Pierwsza myśl, kiedy by na niego spojrzeć – przysłowiowy pozbawiony karku byczek w motocyklowej skórze. Druga myśl wymagałaby spojrzenia mu głęboko w oczy i dostrzeżenia inteligencji oraz skupienia, które charakteryzowały jego zawód analityka finansowego. Dawało to sprzeczny obraz, z którego Grzegorz był trochę dumny. Świadomie nie chciał zrezygnować z nonszalanckiego wizerunku motocyklisty, chociaż bliżej mu już było do statecznej czterdziestki niż do młodzieńczego buntu. Wiele przeżył – zarówno sukcesów, jak i tragedii, dużo zobaczył, może mniej osiągnął, ale niewiele rzeczy potrafiło mu zaimponować. Tym czasem już szósty dzień tkwił w małej salce w Luwrze, zamiast na swojej cholernej konferencji i bankietach po niej…
Płótno było olbrzymie – od sufitu do podłogi, kilka metrów na boki. Autor, epoka
i technika nie były istotne. Istotny był jedynie mały fragment wielkości kartki papieru – ten chłopiec, którego obecność w batalistycznej scenie była dla Grzegorza kompletnie niezrozumiała. Przed nim, na obszernym placu boju chrzęściły zbroje, grzmiały armaty, konie z kwikiem padały martwe, krew sączyła się z ran. A w tle mały chłopiec w krótkiej białej koszuli gonił gęś. Krótką gałązką zaganiał ptaka przed sobą, wyciągając drugą rękę żeby go schwytać. Bitwa poniżej w ogóle go nie interesowała. Odwrócił od niej wzrok z obojętnością.
Wodzowie wydawali rozkazy, tuż nad horyzontem umierał generał z rapierem wbitym
w pierś, a chłopiec bosymi stopami uderzał w błoto, chlapiąc nim na białe pióra gonionego ptaka. Na obrazie był zaledwie maleńkim szczegółem, ale malarz uchwycił wyraz jego twarzy – skupiony i zirytowany ptasim oporem przed schwytaniem. Zarysowane szczegółowo fałdy prostej koszuli, cienki, podłej jakości sznurek przewiązujący ją w pasie i podrapane łydki chłopca. Grzegorz co jakiś czas wstawał i niemal przyciskał nos do obrazu analizując te szczegóły. Sam nigdy nie miał dzieci, nigdy nie czuł, że chce je mieć. Lubił filmy wojenne, nie raziła go przemoc. Ale stojąc przed tym obrazem czuł, że z chęcią wyrwałby tego małego chłopca i jego gęś z drewnianej ramy; oderwał od bitwy, której chłopiec jeszcze nie dostrzega i wkleił w romantyczne wizje raju, renesansowej sielanki czy choćby impresyjne pejzaże. Grzegorz z całą siłą zaciskał pięści, żeby tylko tego nie zrobić. W myślach powtarzał sobie, że to tylko obraz. Malunek, który nic nie znaczy.
Więc dlaczego w kieszeni miał nóż? Dlaczego planował tuż przed zamknięciem muzeum wyciąć fragment obrazu i usunąć go z ulubionej malarskiej sceny? Gdyby nie zapragnął zobaczyć oryginału swojego ukochanego obrazu, gdyby nie przyjechał do Luwru z okazji konferencji w Paryżu, gdyby nie dojrzał tego chłopca… Wtedy nadal ważna byłaby bitewna scena, chrzęst broni, huk dział. Nie drażniłaby go wręcz fizycznie świadomość, że chłopiec nie widzi ani jego, ani bitwy, ani całego świata. Jest tylko gęś.
Grzegorz usiadł ponownie na ławce, czując na sobie wzrok ochroniarza z muzeum.
Oddychał powoli. Po dłuższej chwili wstał i ściskając nóż w kieszeni wyszedł. Może jutro.
Jutro na pewno to zrobi. Jutro wróci ostatni raz zobaczyć chłopca…
Próbka opowiadania, które być może stanie się powieścią.
Czytaj więcej...
środa, 3 grudnia 2008
No i stało się - ku mojej radości i rozpaczy w jednym. Po upływie dekady od terminu oficjalnie osiągnęłam pełnoletność (poprzez oficjalną imprezę osiemnastkową).
Dlaczego te dokładane X lat temu mi się nie udało? Przyczyn było kilka - dom rodzinny, niezbyt zachęcający do hucznego świętowania, inne poglądy, inny charakter i w ogóle inne czasy. Ale tak sobie pomyślałam w głębi duszy - tańcząc salsę przy hiszpańskiej wersji przeboju Beatlesów - że w końcu mogę o sobie oficjalnie powiedzieć, że jestem dorosła. A to więcej niż stan wiekowy przeciętnego obywatela świata Zachodniego.
Spójrzmy prawdzie w oczy - jesteśmy bardzo dużymi dziećmi!
Oczywiście, jak na dziecko internetu przystało, zagooglowałam owo hasło "Dorosłe dzieci" i w pierwszej kolejności posłuchałam bardzo trafnej piosenki:
Tekst tutaj.
Zawsze zastanawia mnie, jak wiele o człowieku mówi jego pochodzenie, jego dzieciństwo. Określa skąd i jak daleko zaszedł do miejsca w którym stoi. Jak w starym buddyjskim przysłowiu: Wiem skąd przyszedłem, wiem dokąd idę, a więc wiem gdzie w tej chwili stoję. Ja obie te kwestie próbuję teraz rozwiązać, ale jedno wiem - gdziekolwiek zajdę, sama jestem za to odpowiedzialna. Pomimo trudnego dzieciństwa (DDA), zakrętów i różnych wypadków losowych sama odpowiadam za swoje życie. A to nie jest częste zjawisko - być może dlatego lubię się tym chwalić. Dzisiejsza rzeczywistość wychowuje ludzi uzależnionych od prostych, szybkich i pozbawionych odpowiedzialności rozwiązań. Słynny chwyt marketingowy "Tanio, szybko, sprawnie." jest zmorą codziennego życia. Jeśli nasze przyjaźnie, związki, relacje, doświadczenia nie są "tanie, szybki i sprawne" - tracimy zainteresowanie, odcinamy się, przestajemy próbować coś naprawiać. Szukamy nowej zabawki, która obiecuje, że: "tanio...".
Nie mamy w zwyczaju szukac samodzielności, wychodząc z założenia, że nasze "bezstresowe" wychowanie nakłada na naszych rodziców obowiązek ułożenia nam życia (" I żeby jeszcze było szczęśliwe! Pamiętaj mamo!". Przeczytałam niedawno anegdotę, która mnie do tego artykułu zainspirowała:
Demonstracje, protesty, lamenty - to wszystko reakcje na poziomie pięciolatka. Dorosłe zachowanie zakłada postawienie warunków, przedstawienie naszego punktu widzenia na ich spełnianie - w tym, niestety możliwe metody osiągnięcia tego spełnienia, a na koniec konsekwentne egzekwowanie umowy. Jako społeczeństwo i jako dorosła jednostka jesteśmy do tego zdolni. A także zdolni jesteśmy do zaakceptowania cudzych ograniczeń i zadbania samodzielnie o nasze potrzeby. Może i świat nie jest uczciwy, ale to od nas zależy, co w nim możemy zmieniać...
Z drugiej strony - mamy wiele powodów, żeby uciekać od dorosłości. Pierwszym z nich może być fakt, że wyrwała się z jasno określonych ram i faluje przed nami na wietrze konsumpcjonizmu i infantylizmu naszej codzienności. Prawdziwa miłość po prostu się romantycznie zdarza, zamiast być efektem dojrzałego wyboru i - przyznajmy to szczerze - ciężkiej pracy nad rozwojem własnym i nad związkiem. Jednak romantyczne komedie kreują w nas przeświadczenie, że jeśli pojawiają się trudności, to miłość nie jest prawdziwa i pełna - bo miłość, to źródło niegasnącego uczucia szczęścia, a nie brudne skarpetki, codzienne zmęczenie i nieuniknione życiowe konflikty. Tak samo fortuny, sukcesy i inne rzeczy o których marzymy w skrytości ducha możemy w każdej chwili wygrać lub cudem osiągnąć, zamiast ciężko i długotrwale wypracować - takie "od zera do bohatera". Zniknęło społeczne przekonanie, że miarą dojrzałości jest jakość i skuteczność naszych dokonań. Że rodzina, status i majątek wynikać muszą z naszego trudu, a nie z chwilowego kaprysu losu. Wolimy czekać na cud, na wymarzonego księcia lub szóstkę w Lotto, niż zakasać rękawy i przejąć ODPOWIEDZIALNOŚĆ za własne życie. Ja sama wciąż oglądam się za siebie w trudnych chwilach, marząc, że ktoś mnie "uratuje" - zabierze wszystkie problemy, pokocha i ułoży na miękki puchu do końca życia.
Wiele mogłabym napisać o moim rozczarowaniu dorosłością - wygląda na to, że jest to miejsce dość samotne i trudne do obronienia. Powinnam chcieć pieniędzy, zabawek, zaspokajania próżności, zależałych dziecinnych potrzeb i wygórowanych oczekiwań. Za sam fakt że jestem nie należy mi się wszelki komfort życia - świat jest w tej kwestii dość sprawiedliwy. To jaka jestem określa co dostaję, Jeśli żyję dziecinnymi iluzjami, nie dostaję nic realnego - tylko zabawki, poczucie oderwania od rzeczywistości, płynięcia na fali, odurzenia.
Dorosłość stawia mnie na pewniejszym gruncie - wśród ludzi, których mogę realnie chwycić za rękę, kiedy mi źle lub się boję, w świecie możliwości, które pozwalają mi samej kształtować swój los, w świecie namacalnych osiągnięć i realnego uczucia szczęścia. Czasem to szczęście wydobywa ze mnie beztroskie dziecko - ale tylko dlatego, że jako dorosły troszczę się o tą część siebie, tworząc jej bezpieczne warunki do bycia dzieckiem. Bo jedyne co łączy nasze dorosłe dzieci to wspólny strach przed okrutnym światem, który nigdy nie pozwolił im poczuć się bezpiecznie. Więc jak my sami - jako dorośli - możemy zapewnić komukolwiek bezpieczeństwo?
Cóż, próbujmy.
Czytaj więcej...
Dlaczego te dokładane X lat temu mi się nie udało? Przyczyn było kilka - dom rodzinny, niezbyt zachęcający do hucznego świętowania, inne poglądy, inny charakter i w ogóle inne czasy. Ale tak sobie pomyślałam w głębi duszy - tańcząc salsę przy hiszpańskiej wersji przeboju Beatlesów - że w końcu mogę o sobie oficjalnie powiedzieć, że jestem dorosła. A to więcej niż stan wiekowy przeciętnego obywatela świata Zachodniego.
Spójrzmy prawdzie w oczy - jesteśmy bardzo dużymi dziećmi!
Oczywiście, jak na dziecko internetu przystało, zagooglowałam owo hasło "Dorosłe dzieci" i w pierwszej kolejności posłuchałam bardzo trafnej piosenki:
Tekst tutaj.
Zawsze zastanawia mnie, jak wiele o człowieku mówi jego pochodzenie, jego dzieciństwo. Określa skąd i jak daleko zaszedł do miejsca w którym stoi. Jak w starym buddyjskim przysłowiu: Wiem skąd przyszedłem, wiem dokąd idę, a więc wiem gdzie w tej chwili stoję. Ja obie te kwestie próbuję teraz rozwiązać, ale jedno wiem - gdziekolwiek zajdę, sama jestem za to odpowiedzialna. Pomimo trudnego dzieciństwa (DDA), zakrętów i różnych wypadków losowych sama odpowiadam za swoje życie. A to nie jest częste zjawisko - być może dlatego lubię się tym chwalić. Dzisiejsza rzeczywistość wychowuje ludzi uzależnionych od prostych, szybkich i pozbawionych odpowiedzialności rozwiązań. Słynny chwyt marketingowy "Tanio, szybko, sprawnie." jest zmorą codziennego życia. Jeśli nasze przyjaźnie, związki, relacje, doświadczenia nie są "tanie, szybki i sprawne" - tracimy zainteresowanie, odcinamy się, przestajemy próbować coś naprawiać. Szukamy nowej zabawki, która obiecuje, że: "tanio...".
Nie mamy w zwyczaju szukac samodzielności, wychodząc z założenia, że nasze "bezstresowe" wychowanie nakłada na naszych rodziców obowiązek ułożenia nam życia (" I żeby jeszcze było szczęśliwe! Pamiętaj mamo!". Przeczytałam niedawno anegdotę, która mnie do tego artykułu zainspirowała:
Przychodzi mi na myśl historia młodzieńca, który uparcie, rok w rok, przychodził do ojca z pytaniem, czy jest wystarczająco dojrzały, żeby opuścić dom rodzinny i zacząć własne życie. Odpowiedź była za każdym razem taka sama: - Nie, synu, nie jesteś jeszcze dojrzały.W artykule "Wszyscy jesteśmy niedojrzali" możemy przeczytać:
I tak mijały dni, miesiące, lata. Syn wydoroślał, zestarzał się, a mimo to otrzymywał wciąż tę samą odpowiedź. Gdy ojciec znalazł się już na łożu śmierci, pełen żalu syn zapytał wreszcie, dlaczego ten zmarnował mu życie i nigdy nie pozwolił opuścić domu, założyć własnej rodziny. Dlaczego zawsze sądził, że nie jest dostatecznie dojrzały?
Odpowiedź była prosta: - Gdybyś był wystarczająco dojrzały, nie pytałbyś mnie o zgodę, sam podjąłbyś decyzję.
Kultura dziecinnieje, stając się pożywką dla wszystkich młodych duchem bez względu na wiek. Myszka Miki na koszulce dojrzałej kobiety czy 30 letni "chłopiec” przed PlayStation doskonale obrazują bilans kulturowych przemian.Dalej następuje definicja pojęcia KUDULT - połączenie słów kid (dziecko) i adult (dorosły). Wspomniany w artykule syndrom Piotrusia Pana - aktualnie specjalistyczne pojęcie w psychologii - jest jednym z powodów, dla których nie zdecydowałam się jeszcze na życiowego partnera. Może faktycznie (jak stwierdza artykuł) współczesne mi pokolenie trzydziestolatków zrobiło sobie z początków dorosłej egzystencji rekompensatę za brak zabawek i czekolady w dzieciństwie. A może to komunizm wychował nas w przeświadczeniu, że odpowiedzialność powinien przejąć ktoś z wyższej władzy, a nam pozostaje jedynie rościć oczekiwania... Przekonanie, że "nam się należy", że "inni mają lepiej - pewnie nieuczciwie", że "albo będzie nam dane, albo się zbuntujemy" króluje w głowach trzydziestolatków, ale i późniejszy wiek nie stroni od tego poglądu. Jakkolwiek uważam, że los emeryta w Polsce jest nie do pozazdroszczenia i słusznie złości ich odbieranie im prawa do godnej starości, tak już roszczenia wszelkiego kalibru uważam za dowód zdziecinniałości.
Demonstracje, protesty, lamenty - to wszystko reakcje na poziomie pięciolatka. Dorosłe zachowanie zakłada postawienie warunków, przedstawienie naszego punktu widzenia na ich spełnianie - w tym, niestety możliwe metody osiągnięcia tego spełnienia, a na koniec konsekwentne egzekwowanie umowy. Jako społeczeństwo i jako dorosła jednostka jesteśmy do tego zdolni. A także zdolni jesteśmy do zaakceptowania cudzych ograniczeń i zadbania samodzielnie o nasze potrzeby. Może i świat nie jest uczciwy, ale to od nas zależy, co w nim możemy zmieniać...
Z drugiej strony - mamy wiele powodów, żeby uciekać od dorosłości. Pierwszym z nich może być fakt, że wyrwała się z jasno określonych ram i faluje przed nami na wietrze konsumpcjonizmu i infantylizmu naszej codzienności. Prawdziwa miłość po prostu się romantycznie zdarza, zamiast być efektem dojrzałego wyboru i - przyznajmy to szczerze - ciężkiej pracy nad rozwojem własnym i nad związkiem. Jednak romantyczne komedie kreują w nas przeświadczenie, że jeśli pojawiają się trudności, to miłość nie jest prawdziwa i pełna - bo miłość, to źródło niegasnącego uczucia szczęścia, a nie brudne skarpetki, codzienne zmęczenie i nieuniknione życiowe konflikty. Tak samo fortuny, sukcesy i inne rzeczy o których marzymy w skrytości ducha możemy w każdej chwili wygrać lub cudem osiągnąć, zamiast ciężko i długotrwale wypracować - takie "od zera do bohatera". Zniknęło społeczne przekonanie, że miarą dojrzałości jest jakość i skuteczność naszych dokonań. Że rodzina, status i majątek wynikać muszą z naszego trudu, a nie z chwilowego kaprysu losu. Wolimy czekać na cud, na wymarzonego księcia lub szóstkę w Lotto, niż zakasać rękawy i przejąć ODPOWIEDZIALNOŚĆ za własne życie. Ja sama wciąż oglądam się za siebie w trudnych chwilach, marząc, że ktoś mnie "uratuje" - zabierze wszystkie problemy, pokocha i ułoży na miękki puchu do końca życia.
Wiele mogłabym napisać o moim rozczarowaniu dorosłością - wygląda na to, że jest to miejsce dość samotne i trudne do obronienia. Powinnam chcieć pieniędzy, zabawek, zaspokajania próżności, zależałych dziecinnych potrzeb i wygórowanych oczekiwań. Za sam fakt że jestem nie należy mi się wszelki komfort życia - świat jest w tej kwestii dość sprawiedliwy. To jaka jestem określa co dostaję, Jeśli żyję dziecinnymi iluzjami, nie dostaję nic realnego - tylko zabawki, poczucie oderwania od rzeczywistości, płynięcia na fali, odurzenia.
Dorosłość stawia mnie na pewniejszym gruncie - wśród ludzi, których mogę realnie chwycić za rękę, kiedy mi źle lub się boję, w świecie możliwości, które pozwalają mi samej kształtować swój los, w świecie namacalnych osiągnięć i realnego uczucia szczęścia. Czasem to szczęście wydobywa ze mnie beztroskie dziecko - ale tylko dlatego, że jako dorosły troszczę się o tą część siebie, tworząc jej bezpieczne warunki do bycia dzieckiem. Bo jedyne co łączy nasze dorosłe dzieci to wspólny strach przed okrutnym światem, który nigdy nie pozwolił im poczuć się bezpiecznie. Więc jak my sami - jako dorośli - możemy zapewnić komukolwiek bezpieczeństwo?
Cóż, próbujmy.
Czytaj więcej...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)