środa, 9 grudnia 2009
Cztery mity na temat księgowych
Z jakiegoś powodu praca w księgowości uważana jest za jedną
z najnudniejszych i najmniej wymagających na świecie.
Wyobraźnia podsuwa obraz zakopanego w papierach gryzipiórka.
Tymczasem księgowość ma różne oblicza.
Niektóre - tylko dla ludzi o mocnych nerwach.
Reportaż dostępny na portalu GazetaPraca.pl
Czytaj więcej...
środa, 2 grudnia 2009
Po co Mensa w CV?
Tekst dostępny na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak
Czytaj więcej...
sobota, 21 listopada 2009
Ostatnie spotkanie
Ostatnie spotkanie z cyklu „Czwartki z fotografią” przebiegało w sposób niezaplanowany, a co za tym idzie – niewiele wniosło. Prelegent nie mógł się niestety zjawić, zatem widownia zwyczajnie obejrzała jego zdjęcia w niemal absolutnej ciszy. Ta cisza okazała się zabójcza, ponieważ zdjęcia Wosia, jak żadne inne, wymagały opowieści.
Najbardziej artystyczny i najbardziej graficzny pośród zaproszonych fotografów mógłby z pewnością wiele powiedzieć o swoich pracach. Stanisław Woś to malarz, grafik i fotograf w jednym. I wszystkie te elementy stanowią treść jego zdjęć. Pracą artystyczną zajmuje się ponad 30 lat, ma na koncie wiele wystaw, jest swego rodzaju ikoną polskiej fotografii. Jego prace są jednak zdecydowanie bardziej grafiką niż fotografią – skupiają się na detalach, które w różny sposób opracowywane nabierają cech artystycznej wizji. Wizji, która nie koniecznie do każdego trafia.
Woś stosuje w swojej zabawie fotografią bardzo proste triki, które jednak dają bardzo zróżnicowane efekty. Kilkakrotne naświetlanie tej samej klatki i jednoczesne obrócenie aparatu nadają kilku uwiecznionym kamieniom charakter cyklicznej kompozycji. W ten sposób wiele prostych elementów – jak fragmenty leśnego krajobrazu – staje się graficznym obrazem, alegorią. Metodą sandwicza – czyli odbiciem dwóch negatywów na jednym papierze – artysta otrzymuje nałożone na siebie obrazy, które wzajemnie się przenikają. Czasem obszar tego przenikania jest trudny do rozpoznania i widz zastanawia się, skąd nagle wziął się cmentarz w lesie, albo czy niebo naprawdę może mieć fakturę zrujnowanego muru. Inną zabawką artysty są lustra (w tam lustra o czarnej powierzchni) i wszelkie odbijające obraz powierzchnie, np. kałuże. W ten sposób uwiecznił swoje rodzinne miasto – Suwałki.
Motywy, które dominują w fotografii Wosia, to detale – jeśli prezentuje prace z cyklu „Las”, jest to las widziany z bardzo bliska – liście, kamienie, pojedyncze gałązki, ślady na śniegu czy w błocie. Te detale, spotęgowane wspomnianym sandwiczem, sprawiają wrażenie eterycznych, bajkowych. To nie jest fotografia dokumentalna, to nierzeczywista wizja zamknięta w jednej fotografii. Kolejnym motywem jest krzyż – w serii zdjęć z Litwy Woś nakładał zdjęcia drzew na fotografie wileńskich nagrobków. Łączył przyrodę ze znakami śmierci. Artysta uparcie powraca również do tematu Światło i Mrok. Efekty świetlne i mroczne cienie stanowią wiodący element większości jego prac.
Patrząc na te zdjęcia widz z pewnością zada sobie pytanie, czy to jeszcze fotografia, czy już grafika. W wypadku większości tych fotografii bardzo trudno odgadnąć, jak wyglądało bazowe zdjęcie, a nawet – co w zasadzie przedstawia. Dostajemy bowiem gotową wizję, gotowy obraz, zupełnie oderwany od rzeczywistości. Właśnie dlatego na spotkaniu zdecydowanie zabrakło osoby autora. Wiele pytań nie zostało zadanych. Jaki kadr widzi Stanisław Woś naciskając spust migawki – ten rzeczywisty, czy ten wyimaginowany, który osiąga później w ciemni? Ile razy wykorzystuje jedną klatkę do tworzenia grafik? Czy sam uważa się bardziej za fotografa, czy malarza?
Odpowiedzi na te pytania muszą poczekać na lepszy moment. Tym czasem zakończył się cykl spotkań z fotografią w Muzeum Narodowym. Niestety – ostatnie słowo nie zostało powiedziane przez fotografa. A same fotografie nie używają wystarczającej ilości słów.
Czytaj więcej...
Najbardziej artystyczny i najbardziej graficzny pośród zaproszonych fotografów mógłby z pewnością wiele powiedzieć o swoich pracach. Stanisław Woś to malarz, grafik i fotograf w jednym. I wszystkie te elementy stanowią treść jego zdjęć. Pracą artystyczną zajmuje się ponad 30 lat, ma na koncie wiele wystaw, jest swego rodzaju ikoną polskiej fotografii. Jego prace są jednak zdecydowanie bardziej grafiką niż fotografią – skupiają się na detalach, które w różny sposób opracowywane nabierają cech artystycznej wizji. Wizji, która nie koniecznie do każdego trafia.
Woś stosuje w swojej zabawie fotografią bardzo proste triki, które jednak dają bardzo zróżnicowane efekty. Kilkakrotne naświetlanie tej samej klatki i jednoczesne obrócenie aparatu nadają kilku uwiecznionym kamieniom charakter cyklicznej kompozycji. W ten sposób wiele prostych elementów – jak fragmenty leśnego krajobrazu – staje się graficznym obrazem, alegorią. Metodą sandwicza – czyli odbiciem dwóch negatywów na jednym papierze – artysta otrzymuje nałożone na siebie obrazy, które wzajemnie się przenikają. Czasem obszar tego przenikania jest trudny do rozpoznania i widz zastanawia się, skąd nagle wziął się cmentarz w lesie, albo czy niebo naprawdę może mieć fakturę zrujnowanego muru. Inną zabawką artysty są lustra (w tam lustra o czarnej powierzchni) i wszelkie odbijające obraz powierzchnie, np. kałuże. W ten sposób uwiecznił swoje rodzinne miasto – Suwałki.
Motywy, które dominują w fotografii Wosia, to detale – jeśli prezentuje prace z cyklu „Las”, jest to las widziany z bardzo bliska – liście, kamienie, pojedyncze gałązki, ślady na śniegu czy w błocie. Te detale, spotęgowane wspomnianym sandwiczem, sprawiają wrażenie eterycznych, bajkowych. To nie jest fotografia dokumentalna, to nierzeczywista wizja zamknięta w jednej fotografii. Kolejnym motywem jest krzyż – w serii zdjęć z Litwy Woś nakładał zdjęcia drzew na fotografie wileńskich nagrobków. Łączył przyrodę ze znakami śmierci. Artysta uparcie powraca również do tematu Światło i Mrok. Efekty świetlne i mroczne cienie stanowią wiodący element większości jego prac.
Odpowiedzi na te pytania muszą poczekać na lepszy moment. Tym czasem zakończył się cykl spotkań z fotografią w Muzeum Narodowym. Niestety – ostatnie słowo nie zostało powiedziane przez fotografa. A same fotografie nie używają wystarczającej ilości słów.
Czytaj więcej...
środa, 18 listopada 2009
sobota, 14 listopada 2009
Patrzenie cykliczne
Pamięć ludzka jest specyficzną konstrukcją – całe życie układa mijające obrazki w jeden logiczny ciąg. To zupełnie jak w fotografii. Szczególnie jeśli zaczyna się ją praktykować nie jako zawód, ale jako narzędzie wspomagające ludzką pamięć. O tym aspekcie warsztatu fotografa opowiadała na ostatnim spotkaniu w Muzeum Narodowym Anna Beata Bohdziewicz. O myśleniu serią obrazów.
W tym tygodniu spotkanie z fotografką (która zdecydowanie odcina się od słowa fotografik) nosiło przewrotny tytuł Bez warsztatu. Dlaczego przewrotny? Warsztat fotografa z reguły kojarzony jest z techniczną, skomplikowaną i pełną pułapek stroną zawodu. Oto mamy ciemnię – cyfrową, lub taką bardziej tradycyjną (najczęściej w łazience); a miejsce to wypełnione jest regułami i technikami obróbki, których można nauczyć się z różnych poważnych książek. Tymczasem Anna Beata Bohdziewicz – fotografka, reporterka i kuratorka wystaw, która robieniu zdjęć poświęciła ostatnie trzydzieści lat, przez cały swój wykład starała się udowodnić, że warsztat w sensie technicznym to ostatnia rzecz jakiej fotograf potrzebuje w swojej pracy.
Co do kilku rzeczy była zgodna. Po pierwsze mamy aparat. Anna Bohdziewicz swojego pierwszego Zenita dostała od ojca, z zawodu filmowca. Bez wskazówek, rad czy instruktażu. Po prostu wzięła aparat i zaczęła próbować. Nigdy nie czytałam żadnych książek o fotografii – przyznała. Czegokolwiek się wtedy uczyła – uczyła się na własnych błędach. Pierwsze kadry powstawały metodą prób i błędów. Ale pozwoliło to odkryć, że nawet jeśli technika nie jest naszą mocną stroną, wcale nie musimy rezygnować z robienia zdjęć.
Po pierwsze – ważne czy mamy inspirację. W wypadku naszej bohaterki – były to podróże. Zmiana miejsca zawsze działa inspirująco – mówiła, pokazując swoje pierwsze fotografie z Wenecji, Paryża, Anglii… Inspiracja wyzwala natychmiast inną cechę, bardzo przydatną dla fotografa: wyczucie chwili, miejsca i kompozycji. To narzędzie sprawia, że proste chwytanie obrazów zmienia się w pewną dokumentację rzeczywistości, pewien ciąg, cykl spojrzeń. I właśnie o takich cyklach opowiadał wykład pani Bohdziewicz. Starała się na podstawie swoich fascynacji pokazać uczestnikom wykładu, że tam gdzie jest myśl przewodnia, tam i stopniowo pojawi się warsztat – zarówno techniczny, jak i artystyczny.
Pierwsza jej fascynacja była prosta i może nieco dziwna: drzwi. Fotografowanie drzwi, klamek, zamków, krat, łańcuchów może wydawać się nieco zabawne. Tego typu fotografie pojedynczo są po prostu pozbawionym znaczenia wycinkiem z rzeczywistości. Ale zestawione w serię stają się korowodem niedopowiedzianych historii. Same drzwi: bez reszty budynku, bez adresu, bez człowieka. Ile miejsca dla wyobraźni! Niejeden początkujący fotograf z pewnością dostrzegł podobne prawidłowości w swoich fotografiach. Może lubi uwieczniać psy, latarnie, zachody słońca. Warto się nad tym zatrzymać i przejrzeć fotograficzne archiwum. Może jest w tym jakiś głębszy sens. Może to początek kariery…
Pierwsze fotografie są często także pierwszą okazją do eksperymentów w ciemni - znęcania się nad jedną klatką, wywoływania jej na sto sposobów. Tą drogą fotograf odkrywa, że z jednego zdjęcia można uzyskać wiele efektów, właściwie całą wystawę. Czasem nie musi nawet wsadzać do powiększalnika negatywu. Wystarczy… suszony kwiat.
Właśnie w ten sposób pani Bohdziewicz zapoczątkowała cykl „Kosmos” – serię obrazów stworzonych poprzez naświetlanie liści, suszonych kwiatów i traw. Ułożone w mozaikę tworzą one jakby serię mini-portretów. Autorka nie kryła, że kusi ją kontynuowanie tego pomysłu. Jak już coś zacznę robić, zwykle mi się rozrasta. Potem mi trudno skończyć – przyznała z rozbawieniem. Przez chwilę zastanawiała się nad podobnym cyklem, ale przy użyciu skanera. Jak widać, postęp technologiczny także bywa inspiracją. Inne nietypowe narzędzia używane przez panią fotograf to np. bibułka po czekoladzie nałożona na negatyw. W ten sposób wywoływała cykl portretów z Afganistanu. W efekcie zdjęcia stały się zamglone, jakby powstały kilkadziesiąt lat wcześniej. Ludzie, być może zupełnie współcześni, na fotografiach cofnęli się w czasie.
Jeśli jednak fotografowi znudzi się eksperymentowanie w ciemni, zawsze zostają mu inne ważne narzędzia do obróbki obrazu: nożyczki i klej. Techniką kolażową, na prośbę działacza solidarności, księdza Kazimierza Jancarza, fotografka w 1981 roku zmieniła zdjęcia peerelowskich ulic i kilka portretów figurek Chrystusa we współczesną Drogę Krzyżową. Tym samym obok sceny ukrzyżowania z przed tysiąca lat pojawili się bardzo współcześni widzowie, zatroskanie smutnym losem Zbawiciela. Jedno ze zdjęć tej serii miało się nawet ukazać w Tygodniku Powszechnym, ale nie spodobało się cenzurze. Dlaczego? Przedstawiało bowiem figurę Chrystusa zakopaną częściowo w hałdzie ziemi. Ciężki grudy zlepionego błota zbytnio się jednak kojarzyły cenzorom z grudami węgla i strajkującymi górnikami i musiało pozostać ukryte.
Zabawa technikami, przetwarzanie obrazów to jedna strona opowieści Anny Bohdziewicz o warsztacie fotograda. Drugą jest czysty reportaż, dokumentacja rzeczywistości. Fotografka zdaje się postrzegać otaczający świat właśnie w postaci obrazów – głównie utrwalonych momentów codziennego życia. Ma na koncie wiele serii: fotografie warszawskich kapliczek, fotografie procesji Bożego Ciała, nawet serię zdjęć twarzy z kolorowych bilbordów, które w latach dziewięćdziesiątych zaatakowały polskie ulice. Wszystkie te cykle uważa za otwarte i z rozbawieniem przyznaje, że mają tendencje do rozrastania się w miarę upływu czasu. Ale jej najbardziej świadomym i najobszerniejszym cyklem są zdjęcia reportażowe, które zebrane razem tworzą osobisty pamiętnik: Fotodziennik.
Cykl ten najpełniej pokazuje kolejne narzędzia warsztatu fotografa: ludzi, przestrzeń i czas. Ludzie, których trzeba dostrzec i uchwycić, sportretować. Czasem trzeba przełamać ich opór, albo zrozumieć ich historię. Fotografka sama przyznała, że ma w zwyczaju najpierw fotografować, potem pytać. Chwila jest ulotna – wyjaśnia. Nie ma czasu na pytania o pozwolenie. Anna Bohdziewicz zdjęcia reportażowe zaczęła robić w 1981 roku. Wtedy było łatwiej fotografować – przyznaje. – Ludzie nie mieli nic przeciwko. Cieszyli się, że są fotografowani. Ona sama widziała jak zmienia się otaczająca ją rzeczywistość. Wystarczyło wyjść na ulicę żeby znaleźć walkę o wolność, bunt, politykę, ludzkie dramaty i problemy. Fale strajków, protestów, różnorakie pochody w patriotyczne rocznice – Warszawa była nimi wręcz nasycona. Z tego okresu pochodzą pierwsze zdjęcia Fotodziennika, a dokładniej jego zalążki.
Po Stanie wojennym fotografka postanowiła bardziej świadomie dobierać obrazy i zamienić je w systematycznie uzupełnianą kolekcję. Żeby nie zatraciły znaczenia zaczęła fotografie podpisywać – na dużym, białym kartonie przyklejała zdjęcie i opisywała flamastrem. Przez lata zmieniała technikę przyklejania (zwykłe kleje stopniowo zniszczyły zdjęcia), papier, a nawet flamaster (na pióro, a potem komputer), ale nie zmieniła założenia. Przez dziesiątki lat opisywała fotografią rzeczywistość i wkładała ją do starannie przygotowanych pudełek. Czas zmienia znaczenie fotografii – opowiadała, pokazując wybrane zdjęcia z ponad dwudziestoletniego zbioru. - Dziś bym inaczej podpisała te zdjęcia, może inaczej je zrobiła – dodaje. Dzisiaj torba pełna papieru toaletowego ma inne znaczenie niż w czasach Polski Ludowej. Inaczej się patrzy na zdjęcia stoczniowców, Wałęsę przy okrągłym stole. Tymczasem komentarze autorki są ironiczne lub złośliwe, czasem smutne, czasem bardzo emocjonalne i osobiste. Stanowią jednak integralną część zdjęć.
Ta część wykładu pozwalała zastanowić się nad pytaniem, po co w ogóle robić zdjęcia. Czy ten wybrany kawałek rzeczywistości za dwadzieścia lat będzie miał jakieś znaczenie? Może właśnie cykle zdjęć są odpowiedzią na te pytania. Ukazują w jaki sposób zmienia się świat, fotograf i sama fotografia. Niektóre sceny z Fotodziennika są bardzo osobiste – ludzie w kolejce, wigilijny karp, widok z okna. Niektóre dotyczą historii – upadających pomników, pochodów, starć z policją, polityki. Jeszcze inne są czystą codziennością – sklepową ladą, okienkiem na poczcie, spacerem w parku.
Głównym narzędziem warsztatu fotografa jest jego głowa – podsumowała zgrabnie organizatorka wykładu, dziękując prowadzącej za poświęcony czas. Ale nie tylko głowa rozumiana jako oko i myśl, która naciska spust migawki. Być może głównym narzędziem warsztatu fotografa jest po prostu myśl, która decyduje, co się stanie dalej z jego zdjęciem. Czy zostanie wyrzucone, a może ciekawie obrobione, lub pocięte i złożone od nowa, czy skrzętnie opisane i wsadzone do kartonu. Ale przede wszystkim – czy komuś je pokaże.
Artykuł opublikowany na portalu MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...
W tym tygodniu spotkanie z fotografką (która zdecydowanie odcina się od słowa fotografik) nosiło przewrotny tytuł Bez warsztatu. Dlaczego przewrotny? Warsztat fotografa z reguły kojarzony jest z techniczną, skomplikowaną i pełną pułapek stroną zawodu. Oto mamy ciemnię – cyfrową, lub taką bardziej tradycyjną (najczęściej w łazience); a miejsce to wypełnione jest regułami i technikami obróbki, których można nauczyć się z różnych poważnych książek. Tymczasem Anna Beata Bohdziewicz – fotografka, reporterka i kuratorka wystaw, która robieniu zdjęć poświęciła ostatnie trzydzieści lat, przez cały swój wykład starała się udowodnić, że warsztat w sensie technicznym to ostatnia rzecz jakiej fotograf potrzebuje w swojej pracy.
Co do kilku rzeczy była zgodna. Po pierwsze mamy aparat. Anna Bohdziewicz swojego pierwszego Zenita dostała od ojca, z zawodu filmowca. Bez wskazówek, rad czy instruktażu. Po prostu wzięła aparat i zaczęła próbować. Nigdy nie czytałam żadnych książek o fotografii – przyznała. Czegokolwiek się wtedy uczyła – uczyła się na własnych błędach. Pierwsze kadry powstawały metodą prób i błędów. Ale pozwoliło to odkryć, że nawet jeśli technika nie jest naszą mocną stroną, wcale nie musimy rezygnować z robienia zdjęć.
Po pierwsze – ważne czy mamy inspirację. W wypadku naszej bohaterki – były to podróże. Zmiana miejsca zawsze działa inspirująco – mówiła, pokazując swoje pierwsze fotografie z Wenecji, Paryża, Anglii… Inspiracja wyzwala natychmiast inną cechę, bardzo przydatną dla fotografa: wyczucie chwili, miejsca i kompozycji. To narzędzie sprawia, że proste chwytanie obrazów zmienia się w pewną dokumentację rzeczywistości, pewien ciąg, cykl spojrzeń. I właśnie o takich cyklach opowiadał wykład pani Bohdziewicz. Starała się na podstawie swoich fascynacji pokazać uczestnikom wykładu, że tam gdzie jest myśl przewodnia, tam i stopniowo pojawi się warsztat – zarówno techniczny, jak i artystyczny.
Pierwsza jej fascynacja była prosta i może nieco dziwna: drzwi. Fotografowanie drzwi, klamek, zamków, krat, łańcuchów może wydawać się nieco zabawne. Tego typu fotografie pojedynczo są po prostu pozbawionym znaczenia wycinkiem z rzeczywistości. Ale zestawione w serię stają się korowodem niedopowiedzianych historii. Same drzwi: bez reszty budynku, bez adresu, bez człowieka. Ile miejsca dla wyobraźni! Niejeden początkujący fotograf z pewnością dostrzegł podobne prawidłowości w swoich fotografiach. Może lubi uwieczniać psy, latarnie, zachody słońca. Warto się nad tym zatrzymać i przejrzeć fotograficzne archiwum. Może jest w tym jakiś głębszy sens. Może to początek kariery…
Pierwsze fotografie są często także pierwszą okazją do eksperymentów w ciemni - znęcania się nad jedną klatką, wywoływania jej na sto sposobów. Tą drogą fotograf odkrywa, że z jednego zdjęcia można uzyskać wiele efektów, właściwie całą wystawę. Czasem nie musi nawet wsadzać do powiększalnika negatywu. Wystarczy… suszony kwiat.
Jeśli jednak fotografowi znudzi się eksperymentowanie w ciemni, zawsze zostają mu inne ważne narzędzia do obróbki obrazu: nożyczki i klej. Techniką kolażową, na prośbę działacza solidarności, księdza Kazimierza Jancarza, fotografka w 1981 roku zmieniła zdjęcia peerelowskich ulic i kilka portretów figurek Chrystusa we współczesną Drogę Krzyżową. Tym samym obok sceny ukrzyżowania z przed tysiąca lat pojawili się bardzo współcześni widzowie, zatroskanie smutnym losem Zbawiciela. Jedno ze zdjęć tej serii miało się nawet ukazać w Tygodniku Powszechnym, ale nie spodobało się cenzurze. Dlaczego? Przedstawiało bowiem figurę Chrystusa zakopaną częściowo w hałdzie ziemi. Ciężki grudy zlepionego błota zbytnio się jednak kojarzyły cenzorom z grudami węgla i strajkującymi górnikami i musiało pozostać ukryte.
Zabawa technikami, przetwarzanie obrazów to jedna strona opowieści Anny Bohdziewicz o warsztacie fotograda. Drugą jest czysty reportaż, dokumentacja rzeczywistości. Fotografka zdaje się postrzegać otaczający świat właśnie w postaci obrazów – głównie utrwalonych momentów codziennego życia. Ma na koncie wiele serii: fotografie warszawskich kapliczek, fotografie procesji Bożego Ciała, nawet serię zdjęć twarzy z kolorowych bilbordów, które w latach dziewięćdziesiątych zaatakowały polskie ulice. Wszystkie te cykle uważa za otwarte i z rozbawieniem przyznaje, że mają tendencje do rozrastania się w miarę upływu czasu. Ale jej najbardziej świadomym i najobszerniejszym cyklem są zdjęcia reportażowe, które zebrane razem tworzą osobisty pamiętnik: Fotodziennik.
Cykl ten najpełniej pokazuje kolejne narzędzia warsztatu fotografa: ludzi, przestrzeń i czas. Ludzie, których trzeba dostrzec i uchwycić, sportretować. Czasem trzeba przełamać ich opór, albo zrozumieć ich historię. Fotografka sama przyznała, że ma w zwyczaju najpierw fotografować, potem pytać. Chwila jest ulotna – wyjaśnia. Nie ma czasu na pytania o pozwolenie. Anna Bohdziewicz zdjęcia reportażowe zaczęła robić w 1981 roku. Wtedy było łatwiej fotografować – przyznaje. – Ludzie nie mieli nic przeciwko. Cieszyli się, że są fotografowani. Ona sama widziała jak zmienia się otaczająca ją rzeczywistość. Wystarczyło wyjść na ulicę żeby znaleźć walkę o wolność, bunt, politykę, ludzkie dramaty i problemy. Fale strajków, protestów, różnorakie pochody w patriotyczne rocznice – Warszawa była nimi wręcz nasycona. Z tego okresu pochodzą pierwsze zdjęcia Fotodziennika, a dokładniej jego zalążki.
Po Stanie wojennym fotografka postanowiła bardziej świadomie dobierać obrazy i zamienić je w systematycznie uzupełnianą kolekcję. Żeby nie zatraciły znaczenia zaczęła fotografie podpisywać – na dużym, białym kartonie przyklejała zdjęcie i opisywała flamastrem. Przez lata zmieniała technikę przyklejania (zwykłe kleje stopniowo zniszczyły zdjęcia), papier, a nawet flamaster (na pióro, a potem komputer), ale nie zmieniła założenia. Przez dziesiątki lat opisywała fotografią rzeczywistość i wkładała ją do starannie przygotowanych pudełek. Czas zmienia znaczenie fotografii – opowiadała, pokazując wybrane zdjęcia z ponad dwudziestoletniego zbioru. - Dziś bym inaczej podpisała te zdjęcia, może inaczej je zrobiła – dodaje. Dzisiaj torba pełna papieru toaletowego ma inne znaczenie niż w czasach Polski Ludowej. Inaczej się patrzy na zdjęcia stoczniowców, Wałęsę przy okrągłym stole. Tymczasem komentarze autorki są ironiczne lub złośliwe, czasem smutne, czasem bardzo emocjonalne i osobiste. Stanowią jednak integralną część zdjęć.
Głównym narzędziem warsztatu fotografa jest jego głowa – podsumowała zgrabnie organizatorka wykładu, dziękując prowadzącej za poświęcony czas. Ale nie tylko głowa rozumiana jako oko i myśl, która naciska spust migawki. Być może głównym narzędziem warsztatu fotografa jest po prostu myśl, która decyduje, co się stanie dalej z jego zdjęciem. Czy zostanie wyrzucone, a może ciekawie obrobione, lub pocięte i złożone od nowa, czy skrzętnie opisane i wsadzone do kartonu. Ale przede wszystkim – czy komuś je pokaże.
Artykuł opublikowany na portalu MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...
sobota, 7 listopada 2009
Ziemia jest płaska (a fotografia okrągła)
Paweł Szpygiel jest absolwentem Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Na studia dostał się tylko po to, żeby pracować w znajdującej się przy tym wydziale Pracowni Fotografii i Informacji Obrazowej. Zapalony płetwonurek, ciekawy podwodnego świata, a w szczególności polskich jezior. Zasłyną serią fotografii opublikowaną w National Geographic (2002 r.), ale miejsce ich wykonania utrzymuje w ścisłym sekrecie. Nie wyjawia nazw jezior w których nurkuje celowo – aby ocalić te miejsca przed „najazdem” turystów i amatorów. Zamiast tego tworzy obszerne, podwodne panoramy.
Swój wykład rozpoczął jednak nie od biologii, a od historii. Na początek można było posłuchać o historii dziewiętnastowiecznych panoram malarski (Henryka Ligockiego czy Jana Styki). Wykład zagłębiał się dalej w historię, poprzez poszczególnych fotografów tworzących pierwsze panoramy, aż po współczesne możliwości komputerów i sprzętu fotograficznego. Prezentując pierwszą polską panoramę do samodzielnego złożenia, która ukazała się w gazecie „Kłosy” w 1873 roku Paweł Szpygiel polecił słuchaczom dobrze ją zapamiętać. Wrócił do tego wspomnienia przechodząc do swojej ulubionej, współczesnej dziedziny – panoramy sferycznej, której oglądanie jest możliwe jedynie przy użyciu komputera. Z jednej strony mamy tekturowy walec, który należało skleić z dostarczonych w gazecie części i przymocować do żyrandola, a następnie stanąć w jego środku i podziwiać od wewnątrz. Z drugiej strony mamy cyfrową kulę, której wnętrze możemy oglądać wyłącznie dzięki cyfrowym urządzeniom.
Ale Paweł Szpygiel przedstawił nie tylko te fotograficzne manipulacje na miejskiej przestrzeni. Sięgnął do prywatnych zasobów i przeniósł słuchaczy na chwilę pod wodę polskich jezior. Większość internautów zna już to wrażenie wirtualnej podróży po pomieszczeniach muzeów i galerii, jakie dają cyfrowe symulacje. Ale czy kiedykolwiek znalazł się w ten sposób pod wodą? Zadziwia, ile kolorów, faktur i detali można znaleźć w polskich wodach. Panoramy Szpygiela są też wielowarstwowe – w niektóre punkty można się swobodnie zagłębiać, aby oglądać detale, przepływające ryby, przebłyski słońca. A nie jest łatwo zrobić takie zdjęcia. Kiedy się postawi aparat, trzeba czekać godzinę, dwie, aż muł opadnie – opowiadał nasz fotograf. Żeby poruszyć aparatem, nie można po prostu wskoczyć do wody. Pozostaje wychylanie się z pontonu, albo cierpliwe czekanie w bezruchu na dnie jeziora. Paweł Szpygiel mógł tutaj liczyć na pomoc żony, Joanny, która od lat towarzyszy mu w podwodnych wyprawach i czasami bywa na zdjęciach uwieczniana. Nurek-fotogaf zmaga się nie tylko z mętną wodą, przesuwającym się szybko światłem słońca czy wymagającym sprzętem. Wśród opowieści na tym wykładzie znalazła się także historia uporczywego szkwału, czyli złośliwej burzy, która nie tylko wygnała fotografów z jeziora, ale – poprzez zwalone drzewa – także unieruchomiła ich na lądzie.
Z taką ilością informacji na temat technik fotograficznych, sprzętu i metod pracy każdy amator czuje w sobie potężną chęć podjęcia wyzwania. Ale czy warto? Na GPSach świat jest płaski – skomentował w pewnym momencie fotograf swoje opowieści. – Nikt by nie pomyślał, że Ziemia jest okrągła. Dopiero fotografia ujawnia istnienie w przestrzeni łuków i zaokrągleń. Wtedy człowiek zaczyna uświadamiać sobie, że żyje wewnątrz kuli. A więc jeśli świat, który ogląda oczami wciąż jest dla niego zbyt płaski – powinien zrobić panoramę.
Czytaj więcej...
środa, 28 października 2009
Smutny album
| fot. za mojeopinie.pl |
Mariusz Wideryński znany jest głównie z tego, że jego zdjęcia mogą się pojawić wszędzie – zrobił ich już setki. Zasilają największe agencje i banki fotografii w kraju i za granicą. Jako Prezes Związku Polskich Artystów Fotografików ma wiele do powiedzenia w świecie fotografii. Bywa inicjatorem i kuratorem wystaw, plenerów, akcji; wykłada w szkołach specjalistycznych. Po latach pracy jako fotograf Krajowej Agencji Wydawniczej postawił na zawodową wolność i poświęcił się dwóm swoim fotograficznym pasjom: pejzażowi i portretom.
Tak naprawdę to fotograf oba zagadnienia nazywa wspólnym mianownikiem: portret. Portret osoby, lub portret miejsca. Na spotkaniu przedstawił trzy serie zdjęć – portret, pejzaż i świadome połączenie tych dwóch elementów, czyli projekt wystawy „Fizjografie”. O technicznej stronie swojej fotografia mówił bardzo krótko. Nie będę się podpierał innymi doświadczeniami – oświadczył. – Będę mówił tylko o sobie. Więc jeśli mają mieć państwo pretensje, to tylko do mnie. Pan Wideryński jest zwolennikiem starej szkoły – fotografii analogowej, czarno białej (w efekcie odrzucenia współczesnej kakafonii barw, jak sam mówił), bez różnorakich eksperymentów, dodatkowych lamp czy filtrów. Polega zawsze na swoim wyczuciu i znajomości sprzętu. Jego fotografie powstają w świetle zastanym, o porach dnia przez fotografów rzadko wybieranych – wczesnym rankiem lub o zmierzchu. Skąpe, ale zarazem miękkie światło nadaje zdjęciom wyraz smutku i melancholii. Czy wszystkie Pana fotografie są takie mroczne? – padło nawet pytanie z sali. Autor uśmiechnął się i przyznał, że chyba tak – acz nie jest to efekt zamierzony.
Nie inaczej odbiera się jego pejzaże – również utrzymane w czarno białej tonacji. Na co dzień robię setki zdjęć kolorowych – wyjaśniał autor. Ale jego własne poszukiwania, zdjęcia robione dla przyjemności są zawsze czarno białe. Czasem nawet specjalnie pozbawiane koloru. Pejzaże te są zawsze starannie skomponowanym kadrem, wycinkiem z jakiejś bliżej niezidentyfikowanej rzeczywistości. Wybiera do tego celu takie pory roku, które kojarzą się z przemianą: przełom jesieni i zimy, przedwiośnie. Autor kilkakrotnie podkreślał, że zależy mu głownie na uchwyceniu w przyrodzie ludzkich emocji.
Przecież na spotkanie z fotografem nie przychodzi się dla zdjęć, tylko dla fotografa. W tej materii została nam jednak odrobina niedosytu.
Artykuł opublikowany na portalu MojeOpinie.pl
Czytaj więcej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)