czwartek, 4 lutego 2010

Ricardo Orizio - Zaginione białe plemiona

„Ale i my wszyscy, pod pozorami normalności, należymy do jakiegoś zaginionego plemienia. […] Biali, którzy żyją w jamajskiej Dolinie Bananów, nie różnią się zbytnio od jamajskich emigrantów z miejskich peryferii Zachodu. I jedni, i drudzy są często przegrani. I jedni, i drudzy mają nie ten, co trzeba, kolor skóry.”
Riccardo Orizio, Zaginione Białe Plemiona.
 

Riccardo Orizio ma już na koncie nagradzaną wielokrotnie książkę Diabeł na emeryturze. Rozmowy z siedmioma dyktatorami (Poznań 2004), którą dowiódł swojego dziennikarskiego talentu i uporu, zadając pytania najgroźniejszym ludziom na świecie. Zaginione białe plemiona, opisana podtytułem: Podróż w poszukiwaniu zapomnianych mniejszości, to książka podążająca w zupełnie innym kierunku. „Ta książka różni się od wszystkiego, co kiedykolwiek napisano na ten temat…” - przyznaje Ryszard Kapuściński w przedmowie do włoskiego wydania reportażu Orizia.

Opowieść włoskiego dziennikarza i pisarza jest efektem wieloletnich podróży i badań. Szukając swoich zaginionych plemion opierał się najczęściej na dawno zapomnianych lub powtarzanych szeptem legendach i plotkach. Jadąc w odległe zakątki świata nie zawsze miał pewność, czy nie goni za złudzeniem. Czy napotka zaginione plemię, czy też rozwieje jedynie kolejny mit. Pierwszym pytaniem, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu ostatniej strony tej niezwykłej opowieści było właśnie pytanie o mity. Ile z nich okazało się fałszywymi? O ilu plemionach Orizio nie napisał, ponieważ okazały się bajką lub nikt już o nich nie pamiętał?

Pierwsza rzecz, jaką czytelnik powinien sobie uświadomić sięgając po tę publikację, to fakt, że zawartość z pewnością go zaskoczy. Nie mamy do czynienia z książką sensacyjną ani demaskującą, chociaż każdy z tych przymiotników świetnie ją opisuje. Jest to raczej dramat wielu aktorów, z których każdy ma do opowiedzenia wyjątkową historię. Żeby ją jednak usłyszeć, trzeba było przyjąć zupełnie nowy punkt widzenia. Riccardo Orizio dostrzegł pewną prawidłowość, jeśli chodzi o „białe plemiona”. Otóż najłatwiej dostrzegają je… inni biali. Miejscowi – bez względu, czy mamy do czynienia z wyspą u wybrzeży Indii, mitycznym rajem Jamajki, afrykańskim buszem czy Haitańską dżunglą – bardzo skrupulatnie ich nie dostrzegają. Dla nich garstka białych „tutejszych” jest dodatkowym, czasem wstydliwie ukrywanym elementem krajobrazu. Mówią o nich niechętnie i z urazą. Usilnie spychają na margines znaczenia.

Może właśnie dlatego Tony, potomek niemieckich osadników na Jamajce opowiada, że pierwszy raz uświadomił sobie odmienność własnej białej karnacji, od ciemnej skóry innych mieszkańców Jamajki w odległym, Europejskim uniwersytecie w Saarbrucken. Ponieważ tam był kolejnym białym w opozycji do czarnych przyjezdnych. z założenia Europejczycy potraktowali go jak jednego ze swoich. A przecież jedyne co łączyło niemieckich studentów z Tonym, rastafarianinem, potomkiem białych niewolników na Jamajce, było odziedziczone po przodkach nazwisko i pigment skóry.

Po drugie Orizio nie zajmuje się w ogóle kolonializmem, chociaż wiele stron jego reportażu poświęcone zostało dziejom kolonistów. Historia obchodzi go o tyle, o ile jest w stanie odmalować osobowość rozmówców. Dzieje mniejszości Burgów na Sri Lance służą tylko pokazaniu, jak łatwo całą społeczność najpierw uczynić niezbędną, a potem zepchnąć w niebyt. Potomkowie holenderskich osadników i syngaleskich tubylców nadal są bardziej białymi niż rodowitymi Cejlończykami. Ich kolor skóry, tradycje i poczucie odrębności zaczerpnięte od Europejskich elit kolonialnych przekreśliły fakt, że przez niemal dwa stulecia pracowali ciężko dla dobra swojej ojczyzny. Zresztą sami Burgowie na pytanie jakiej są narodowości odpowiadali czasem „Bóg jeden wie […]” – nie czuli się ani Holendrami, których przybyciu do Indii zawdzięczają swoje istnienie, ani Anglikami, pod których panowaniem urośli w potęgę, ani Cejlończykami. Dopiero pojedyncze ludzkie historie rzucają światło na ich tożsamość – są tacy, jakimi siebie widzą. Nikim więcej.

Po trzecie instynkt reporterski zawiódł Orizia w rejony raczej przez historyków ze wstydem unikane: we współczesne pozostałości kolonializmu, spadek po minionych czasach. Zaginione plemiona to najczęściej efekt mieszanych małżeństw kolonialistów z miejscowymi. Ich potomkowie stali się jednak pozbawionym narodowości balastem. Ale są to także potomkowie grup, które świadomie wybrały miejsce swojego wygnania, odrzucone lub porzucone przez własną społeczność. Orizio prześledził uważnie drogę, jaką skandynawsko-brytyjscy Basterowie w Afryce i amerykańscy Confederados w Brazylii stali się integralną częścią swojej nowej ojczyzny. Pozwolił im własnymi słowami przekazać kombinację głębokiego patriotyzmu i poczucia plemiennej odrębności. Połączenie tych dwóch czynników sprawia, że zaginione białe plemiona nie potrafią do końca stać się Afrykańczykami czy Brazylijczykami. Z uporem próbują więc żyć w odizolowanych społecznościach, pielęgnując własne urazy i złudne nadzieje, próbując stworzyć na obcej ziemi kopię pierwszej ojczyzny.

Dla polskiego czytelnika fascynująca może się okazać wyprawa Richardo Orizio na Haiti, gdzie w odległych, dawno zapomnianych wioskach żyją potomkowie polskich legionistów. Żołnierze polscy, wysłani przez Napoleona do stłumienia powstania na Santo Domingo nigdy nie spełnili swego zadania. Odmówili pacyfikacji z walczącymi o wolność niewolnikami. Zaakceptowani później przez zbuntowaną, czarną ludność wyspy wtopili się w lokalny krajobraz, marząc o powrocie do ojczyzny. Chociaż minęło już kilka wieków od epoki Napoleona, marzenia te nie osłabły. Ciemnoskóre, niebieskookie plemię „Białych Murzynów Europy” wciąż wierzy, że Polacy przyślą po nich ekspedycję i troskliwie zabiorą ich do prawdziwej ojczyzny (po cóż innego polski papież przybył by na Haiti?). W podobnym stylu zagubieni w dżungli na Jamajce Niemcy wciąż wierzą w swoje królewskie pochodzenie, a Confederados w Brazylii uważają siebie za najlepszych Amerykanów na świecie.

Opowieść wysnuta przez włoskiego dokumentalistę z pewnością nie jest do końca ani historią, ani reportażem. Raczej relacją jego osobistej podróży w poszukiwaniu zaginionych białych plemion. Czytelnik ma wrażenie, że autor po prostu zapisał po kolei każdy moment wyprawy i każde zasłyszane słowo. Dodane gdzieniegdzie fragmenty dokumentów historycznych są jedynie tłem lub wyjaśnieniem ludzkich losów. W tej książce historia mówi sama za siebie.

A w efekcie czytelnika nachodzi nieodparta chęć rozejrzenia się po ulicy w poszukiwaniu naszych własnych zaginionych mniejszości. W głębi duszy obawiamy się też odrobinę, że my sami należymy do takiego plemienia. Może czas zacząć spisywać własne opowieści.

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

Tekst dostępny na MojeOpinie.pl

Czytaj więcej...

środa, 9 grudnia 2009

Cztery mity na temat księgowych


Z jakiegoś powodu praca w księgowości uważana jest za jedną
z najnudniejszych i najmniej wymagających na świecie.
Wyobraźnia podsuwa obraz zakopanego w papierach gryzipiórka.
Tymczasem księgowość ma różne oblicza.
Niektóre - tylko dla ludzi o mocnych nerwach.


Reportaż dostępny na portalu GazetaPraca.pl

Czytaj więcej...

środa, 2 grudnia 2009

Po co Mensa w CV?

W każdym CV wpis "inteligentny i pracowity" ładnie wygląda. Pracowitość można udowodnić referencjami, ale inteligencję...? W takim momencie z pewnością przyda się legitymacja Mensy, która zaświadczy, że zaliczamy się do wąskiego grona (2 proc. ludzkości) osób obdarzonych ponadprzeciętnymi właściwościami umysłu. Ale nie każdy członek Mensy decyduje się na ten krok. Dlaczego?
Tekst dostępny na portalu GazetaPraca.pl
Autor: Joanna Sabak

Czytaj więcej...

sobota, 21 listopada 2009

Ostatnie spotkanie

Ostatnie spotkanie z cyklu „Czwartki z fotografią” przebiegało w sposób niezaplanowany, a co za tym idzie – niewiele wniosło. Prelegent nie mógł się niestety zjawić, zatem widownia zwyczajnie obejrzała jego zdjęcia w niemal absolutnej ciszy. Ta cisza okazała się zabójcza, ponieważ zdjęcia Wosia, jak żadne inne, wymagały opowieści.

Najbardziej artystyczny i najbardziej graficzny pośród zaproszonych fotografów mógłby z pewnością wiele powiedzieć o swoich pracach. Stanisław Woś to malarz, grafik i fotograf w jednym. I wszystkie te elementy stanowią treść jego zdjęć. Pracą artystyczną zajmuje się ponad 30 lat, ma na koncie wiele wystaw, jest swego rodzaju ikoną polskiej fotografii. Jego prace są jednak zdecydowanie bardziej grafiką niż fotografią – skupiają się na detalach, które w różny sposób opracowywane nabierają cech artystycznej wizji. Wizji, która nie koniecznie do każdego trafia.
Woś stosuje w swojej zabawie fotografią bardzo proste triki, które jednak dają bardzo zróżnicowane efekty. Kilkakrotne naświetlanie tej samej klatki i jednoczesne obrócenie aparatu nadają kilku uwiecznionym kamieniom charakter cyklicznej kompozycji. W ten sposób wiele prostych elementów – jak fragmenty leśnego krajobrazu – staje się graficznym obrazem, alegorią. Metodą sandwicza – czyli odbiciem dwóch negatywów na jednym papierze – artysta otrzymuje nałożone na siebie obrazy, które wzajemnie się przenikają. Czasem obszar tego przenikania jest trudny do rozpoznania i widz zastanawia się, skąd nagle wziął się cmentarz w lesie, albo czy niebo naprawdę może mieć fakturę zrujnowanego muru. Inną zabawką artysty są lustra (w tam lustra o czarnej powierzchni) i wszelkie odbijające obraz powierzchnie, np. kałuże. W ten sposób uwiecznił swoje rodzinne miasto – Suwałki.
Motywy, które dominują w fotografii Wosia, to detale – jeśli prezentuje prace z cyklu „Las”, jest to las widziany z bardzo bliska – liście, kamienie, pojedyncze gałązki, ślady na śniegu czy w błocie. Te detale, spotęgowane wspomnianym sandwiczem, sprawiają wrażenie eterycznych, bajkowych. To nie jest fotografia dokumentalna, to nierzeczywista wizja zamknięta w jednej fotografii. Kolejnym motywem jest krzyż – w serii zdjęć z Litwy Woś nakładał zdjęcia drzew na fotografie wileńskich nagrobków. Łączył przyrodę ze znakami śmierci. Artysta uparcie powraca również do tematu Światło i Mrok. Efekty świetlne i mroczne cienie stanowią wiodący element większości jego prac.
Patrząc na te zdjęcia widz z pewnością zada sobie pytanie, czy to jeszcze fotografia, czy już grafika. W wypadku większości tych fotografii bardzo trudno odgadnąć, jak wyglądało bazowe zdjęcie, a nawet – co w zasadzie przedstawia. Dostajemy bowiem gotową wizję, gotowy obraz, zupełnie oderwany od rzeczywistości. Właśnie dlatego na spotkaniu zdecydowanie zabrakło osoby autora. Wiele pytań nie zostało zadanych. Jaki kadr widzi Stanisław Woś naciskając spust migawki – ten rzeczywisty, czy ten wyimaginowany, który osiąga później w ciemni? Ile razy wykorzystuje jedną klatkę do tworzenia grafik? Czy sam uważa się bardziej za fotografa, czy malarza?
Odpowiedzi na te pytania muszą poczekać na lepszy moment. Tym czasem zakończył się cykl spotkań z fotografią w Muzeum Narodowym. Niestety – ostatnie słowo nie zostało powiedziane przez fotografa. A same fotografie nie używają wystarczającej ilości słów.


Czytaj więcej...

sobota, 14 listopada 2009

Patrzenie cykliczne

Pamięć ludzka jest specyficzną konstrukcją – całe życie układa mijające obrazki w jeden logiczny ciąg. To zupełnie jak w fotografii. Szczególnie jeśli zaczyna się ją praktykować nie jako zawód, ale jako narzędzie wspomagające ludzką pamięć. O tym aspekcie warsztatu fotografa opowiadała na ostatnim spotkaniu w Muzeum Narodowym Anna Beata Bohdziewicz. O myśleniu serią obrazów.

W tym tygodniu spotkanie z fotografką (która zdecydowanie odcina się od słowa fotografik) nosiło przewrotny tytuł Bez warsztatu. Dlaczego przewrotny? Warsztat fotografa z reguły kojarzony jest z techniczną, skomplikowaną i pełną pułapek stroną zawodu. Oto mamy ciemnię – cyfrową, lub taką bardziej tradycyjną (najczęściej w łazience); a miejsce to wypełnione jest regułami i technikami obróbki, których można nauczyć się z różnych poważnych książek. Tymczasem Anna Beata Bohdziewicz – fotografka, reporterka i kuratorka wystaw, która robieniu zdjęć poświęciła ostatnie trzydzieści lat, przez cały swój wykład starała się udowodnić, że warsztat w sensie technicznym to ostatnia rzecz jakiej fotograf potrzebuje w swojej pracy.
Co do kilku rzeczy była zgodna. Po pierwsze mamy aparat. Anna Bohdziewicz swojego pierwszego Zenita dostała od ojca, z zawodu filmowca. Bez wskazówek, rad czy instruktażu. Po prostu wzięła aparat i zaczęła próbować. Nigdy nie czytałam żadnych książek o fotografii – przyznała. Czegokolwiek się wtedy uczyła – uczyła się na własnych błędach. Pierwsze kadry powstawały metodą prób i błędów. Ale pozwoliło to odkryć, że nawet jeśli technika nie jest naszą mocną stroną, wcale nie musimy rezygnować z robienia zdjęć.
Po pierwsze – ważne czy mamy inspirację. W wypadku naszej bohaterki – były to podróże. Zmiana miejsca zawsze działa inspirująco – mówiła, pokazując swoje pierwsze fotografie z Wenecji, Paryża, Anglii… Inspiracja wyzwala natychmiast inną cechę, bardzo przydatną dla fotografa: wyczucie chwili, miejsca i kompozycji. To narzędzie sprawia, że proste chwytanie obrazów zmienia się w pewną dokumentację rzeczywistości, pewien ciąg, cykl spojrzeń. I właśnie o takich cyklach opowiadał wykład pani Bohdziewicz. Starała się na podstawie swoich fascynacji pokazać uczestnikom wykładu, że tam gdzie jest myśl przewodnia, tam i stopniowo pojawi się warsztat – zarówno techniczny, jak i artystyczny.
Pierwsza jej fascynacja była prosta i może nieco dziwna: drzwi. Fotografowanie drzwi, klamek, zamków, krat, łańcuchów może wydawać się nieco zabawne. Tego typu fotografie pojedynczo są po prostu pozbawionym znaczenia wycinkiem z rzeczywistości. Ale zestawione w serię stają się korowodem niedopowiedzianych historii. Same drzwi: bez reszty budynku, bez adresu, bez człowieka. Ile miejsca dla wyobraźni! Niejeden początkujący fotograf z pewnością dostrzegł podobne prawidłowości w swoich fotografiach. Może lubi uwieczniać psy, latarnie, zachody słońca. Warto się nad tym zatrzymać i przejrzeć fotograficzne archiwum. Może jest w tym jakiś głębszy sens. Może to początek kariery…
Pierwsze fotografie są często także pierwszą okazją do eksperymentów w ciemni - znęcania się nad jedną klatką, wywoływania jej na sto sposobów. Tą drogą fotograf odkrywa, że z jednego zdjęcia można uzyskać wiele efektów, właściwie całą wystawę. Czasem nie musi nawet wsadzać do powiększalnika negatywu. Wystarczy… suszony kwiat. Właśnie w ten sposób pani Bohdziewicz zapoczątkowała cykl „Kosmos” – serię obrazów stworzonych poprzez naświetlanie liści, suszonych kwiatów i traw. Ułożone w mozaikę tworzą one jakby serię mini-portretów. Autorka nie kryła, że kusi ją kontynuowanie tego pomysłu. Jak już coś zacznę robić, zwykle mi się rozrasta. Potem mi trudno skończyć – przyznała z rozbawieniem. Przez chwilę zastanawiała się nad podobnym cyklem, ale przy użyciu skanera. Jak widać, postęp technologiczny także bywa inspiracją. Inne nietypowe narzędzia używane przez panią fotograf to np. bibułka po czekoladzie nałożona na negatyw. W ten sposób wywoływała cykl portretów z Afganistanu. W efekcie zdjęcia stały się zamglone, jakby powstały kilkadziesiąt lat wcześniej. Ludzie, być może zupełnie współcześni, na fotografiach cofnęli się w czasie.

Jeśli jednak fotografowi znudzi się eksperymentowanie w ciemni, zawsze zostają mu inne ważne narzędzia do obróbki obrazu: nożyczki i klej. Techniką kolażową, na prośbę działacza solidarności, księdza Kazimierza Jancarza, fotografka w 1981 roku zmieniła zdjęcia peerelowskich ulic i kilka portretów figurek Chrystusa we współczesną Drogę Krzyżową. Tym samym obok sceny ukrzyżowania z przed tysiąca lat pojawili się bardzo współcześni widzowie, zatroskanie smutnym losem Zbawiciela. Jedno ze zdjęć tej serii miało się nawet ukazać w Tygodniku Powszechnym, ale nie spodobało się cenzurze. Dlaczego? Przedstawiało bowiem figurę Chrystusa zakopaną częściowo w hałdzie ziemi. Ciężki grudy zlepionego błota zbytnio się jednak kojarzyły cenzorom z grudami węgla i strajkującymi górnikami i musiało pozostać ukryte.
Zabawa technikami, przetwarzanie obrazów to jedna strona opowieści Anny Bohdziewicz o warsztacie fotograda. Drugą jest czysty reportaż, dokumentacja rzeczywistości. Fotografka zdaje się postrzegać otaczający świat właśnie w postaci obrazów – głównie utrwalonych momentów codziennego życia. Ma na koncie wiele serii: fotografie warszawskich kapliczek, fotografie procesji Bożego Ciała, nawet serię zdjęć twarzy z kolorowych bilbordów, które w latach dziewięćdziesiątych zaatakowały polskie ulice. Wszystkie te cykle uważa za otwarte i z rozbawieniem przyznaje, że mają tendencje do rozrastania się w miarę upływu czasu. Ale jej najbardziej świadomym i najobszerniejszym cyklem są zdjęcia reportażowe, które zebrane razem tworzą osobisty pamiętnik: Fotodziennik.
Cykl ten najpełniej pokazuje kolejne narzędzia warsztatu fotografa: ludzi, przestrzeń i czas. Ludzie, których trzeba dostrzec i uchwycić, sportretować. Czasem trzeba przełamać ich opór, albo zrozumieć ich historię. Fotografka sama przyznała, że ma w zwyczaju najpierw fotografować, potem pytać. Chwila jest ulotna – wyjaśnia. Nie ma czasu na pytania o pozwolenie. Anna Bohdziewicz zdjęcia reportażowe zaczęła robić w 1981 roku. Wtedy było łatwiej fotografować – przyznaje. – Ludzie nie mieli nic przeciwko. Cieszyli się, że są fotografowani. Ona sama widziała jak zmienia się otaczająca ją rzeczywistość. Wystarczyło wyjść na ulicę żeby znaleźć walkę o wolność, bunt, politykę, ludzkie dramaty i problemy. Fale strajków, protestów, różnorakie pochody w patriotyczne rocznice – Warszawa była nimi wręcz nasycona. Z tego okresu pochodzą pierwsze zdjęcia Fotodziennika, a dokładniej jego zalążki.
Po Stanie wojennym fotografka postanowiła bardziej świadomie dobierać obrazy i zamienić je w systematycznie uzupełnianą kolekcję. Żeby nie zatraciły znaczenia zaczęła fotografie podpisywać – na dużym, białym kartonie przyklejała zdjęcie i opisywała flamastrem. Przez lata zmieniała technikę przyklejania (zwykłe kleje stopniowo zniszczyły zdjęcia), papier, a nawet flamaster (na pióro, a potem komputer), ale nie zmieniła założenia. Przez dziesiątki lat opisywała fotografią rzeczywistość i wkładała ją do starannie przygotowanych pudełek. Czas zmienia znaczenie fotografii – opowiadała, pokazując wybrane zdjęcia z ponad dwudziestoletniego zbioru. - Dziś bym inaczej podpisała te zdjęcia, może inaczej je zrobiła – dodaje. Dzisiaj torba pełna papieru toaletowego ma inne znaczenie niż w czasach Polski Ludowej. Inaczej się patrzy na zdjęcia stoczniowców, Wałęsę przy okrągłym stole. Tymczasem komentarze autorki są ironiczne lub złośliwe, czasem smutne, czasem bardzo emocjonalne i osobiste. Stanowią jednak integralną część zdjęć.
Ta część wykładu pozwalała zastanowić się nad pytaniem, po co w ogóle robić zdjęcia. Czy ten wybrany kawałek rzeczywistości za dwadzieścia lat będzie miał jakieś znaczenie? Może właśnie cykle zdjęć są odpowiedzią na te pytania. Ukazują w jaki sposób zmienia się świat, fotograf i sama fotografia. Niektóre sceny z Fotodziennika są bardzo osobiste – ludzie w kolejce, wigilijny karp, widok z okna. Niektóre dotyczą historii – upadających pomników, pochodów, starć z policją, polityki. Jeszcze inne są czystą codziennością – sklepową ladą, okienkiem na poczcie, spacerem w parku.
Głównym narzędziem warsztatu fotografa jest jego głowa – podsumowała zgrabnie organizatorka wykładu, dziękując prowadzącej za poświęcony czas. Ale nie tylko głowa rozumiana jako oko i myśl, która naciska spust migawki. Być może głównym narzędziem warsztatu fotografa jest po prostu myśl, która decyduje, co się stanie dalej z jego zdjęciem. Czy zostanie wyrzucone, a może ciekawie obrobione, lub pocięte i złożone od nowa, czy skrzętnie opisane i wsadzone do kartonu. Ale przede wszystkim – czy komuś je pokaże.

Artykuł opublikowany na portalu MojeOpinie.pl

Czytaj więcej...

sobota, 7 listopada 2009

Ziemia jest płaska (a fotografia okrągła)

Ostanie spotkanie z cyklu „Czwartki z fotografią” zupełnie celowo zamieniło się w prawdziwy wykład. Tym razem tematem wiodącym były zdjęcia panoramiczne. Prelegentem wybrany został – zapewne nie przypadkowo absolutny pasjonat, niepublikowany dotąd fotograf i biolog w jednym - Paweł Szpygiel. Dotąd na scenie królowały szlachetne techniki fotograficzne, tajemnice warsztatu przekazywane z pokolenia na pokolenie. Warto było usłyszeć co ma do powiedzenia człowiek z drugiej strony barykady, który uparcie podkreśla, że aparat cyfrowy to najpiękniejszy wynalazek na świecie i twierdzi, że Ziemia jest płaska.

Paweł Szpygiel jest absolwentem Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Na studia dostał się tylko po to, żeby pracować w znajdującej się przy tym wydziale Pracowni Fotografii i Informacji Obrazowej. Zapalony płetwonurek, ciekawy podwodnego świata, a w szczególności polskich jezior. Zasłyną serią fotografii opublikowaną w National Geographic (2002 r.), ale miejsce ich wykonania utrzymuje w ścisłym sekrecie. Nie wyjawia nazw jezior w których nurkuje celowo – aby ocalić te miejsca przed „najazdem” turystów i amatorów. Zamiast tego tworzy obszerne, podwodne panoramy.

Swój wykład rozpoczął jednak nie od biologii, a od historii. Na początek można było posłuchać o historii dziewiętnastowiecznych panoram malarski (Henryka Ligockiego czy Jana Styki). Wykład zagłębiał się dalej w historię, poprzez poszczególnych fotografów tworzących pierwsze panoramy, aż po współczesne możliwości komputerów i sprzętu fotograficznego. Prezentując pierwszą polską panoramę do samodzielnego złożenia, która ukazała się w gazecie „Kłosy” w 1873 roku Paweł Szpygiel polecił słuchaczom dobrze ją zapamiętać. Wrócił do tego wspomnienia przechodząc do swojej ulubionej, współczesnej dziedziny – panoramy sferycznej, której oglądanie jest możliwe jedynie przy użyciu komputera. Z jednej strony mamy tekturowy walec, który należało skleić z dostarczonych w gazecie części i przymocować do żyrandola, a następnie stanąć w jego środku i podziwiać od wewnątrz. Z drugiej strony mamy cyfrową kulę, której wnętrze możemy oglądać wyłącznie dzięki cyfrowym urządzeniom.

Nie zmieniło się jedno – na większości panoramicznych zdjęć rzadko występują ludzie ani pojazdy. Jak wspomniał fotograf, jeśli pojawiają się na dawnych zdjęciach lub rycinach z ubiegłego wieku, to wyłącznie dzięki zafałszowaniu obrazu, doklejeniu (dorysowaniu) elementów. Ówczesne aparaty fotograficzne miały tak wąski kąt widzenia, że trzeba było kilkunastu, a najczęściej kilkudziesięciu połączonych zdjęć, żeby stworzyć całą panoramę. Do tego – jak wiemy – ówczesne klisze wymagały dłuższego naświetlania. Dlatego zdjęcia panoramiczne były robione najczęściej bardzo wcześnie rano, kiedy na ulicach niemal nie było ludzi i pojazdów. Współcześnie, kiedy technologia poszła znacznie do przodu, fotograf nie ma już takich ograniczeń. Specjalistyczny aparat z bardzo szerokim kątem widzenia wymaga mniej niż dziesięciu zdjęć do stworzenia panoramy. Trzeba jednak wykonywać je bardzo szybko – zmieniające się warunki oświetleniowe mogą sprawić, że pierwsze i ostatnie zdjęcie (które przecież należy później połączyć) będą się od siebie zbyt różnić. Fotograf ma może minutę na całą panoramę – tłumaczył Paweł Szpygiel, objaśniając tajemnice sprzętu i tłumacząc, jak najłatwiej zabrać się dorzeczy. Pierwszy raz na czwartkowym wykładzie autor fotografii tak dokładnie i wyczerpująco wyjaśniał, w jaki sposób można pójść w jego ślady. Kilka uwag było wręcz bezcennych – nie każdy pamięta bowiem, że obracając aparat wokół własnej osi nie zdołamy wykonać serii pasujących do siebie zdjęć. Należy obracać aparat wokół jednego, starannie wybranego punktu w obiektywie – najlepiej nie zmieniając położenia soczewek. Dopiero wtedy możemy mieć pewność, że nasza panorama będzie idealnie zgrana. Paweł Szpygiel starał się dokładnie wyjaśniać (a nawet zilustrować) takie pułapki czyhające na jego naśladowców. Można się domyślać, że w takich chwilach niemal każdy słuchacz wykładu choć przez chwilę miał ochotę chwycić aparat i spróbować. Nie zabrakło też ciekawostek z życia profesjonalisty – omówienia historii jednego z głównych programów komputerowych, którego pojawienie się w Internecie (jako program open source) otworzyło dostęp do fotografii panoramicznej także amatorom. Inny przykład to narzędzia do precyzyjnego obracania aparatem w trakcie robienia zdjęć do panoramy, skonstruowane… z kolcków lego.

Po długim wstępie teoretycznym, oczywiście nastąpił pokaz zdjęć. Jako modelowy przykład konstruowania panoramy sferycznej Paweł Szpygiel wybrał fotografie holu Muzeum Narodowego. Fotografie, na których niemal każda linia prosta stała się łukiem. Nie da się opisać wrażenia rozciągnięcia na płaskim fragmencie obrazu widoku wszystkich czterech ścian pomieszczenia na raz. W tym tkwi różnica między panoramą w kształcie walca, a kulą. Fotograf objaśniał, jak program do składania panoramy w całość nakłada na siebie poszczególne punkty obrazu, sklejając w całość serię fragmentarycznych obrazów. W ten sposób powstaje płaski odpowiednik kuli. Ale jeśli by pozwolić komputerom na swobodę… Wtedy zamiast klasycznej panoramy powstają fantazyjnie powyginane pomieszczenia, gdzie muzealna strażniczka siedzi na suficie, a marmurowe popiersie jest trzy razy większe niż w rzeczywistości. Prezentowane przez Pawła Szpygiela fotografie z centrum Warszawy robią jeszcze bardziej niesamowite wrażenie. Fotografia parku zamknięta w postaci małej planety pośród pełnego obłoków nieba; wnętrze gmachu politechniki, nabrzmiałe i nadmuchane jak balon; klatki schodowe Mostu Poniatowskiego, które niczym na obrazie futurysty rozbiegają się we wszystkich kierunkach na raz; ginące we mgle bezkresne wieżowce… Wrażenie niesamowitości potęguje jeszcze świadomość, że fotografie te przedstawiają rzeczywiste, dobrze znane na co dzień miejsca w stolicy. Jednak zawinięte w kształty motyla, niekończącej się ósemki, czy gigantycznego bąbla sprawiają wrażenie miejsc iście bajkowych. W tych obrazach kuszą możliwości komputera, który tak swobodnie przekształca rzeczywistość.


Ale Paweł Szpygiel przedstawił nie tylko te fotograficzne manipulacje na miejskiej przestrzeni. Sięgnął do prywatnych zasobów i przeniósł słuchaczy na chwilę pod wodę polskich jezior. Większość internautów zna już to wrażenie wirtualnej podróży po pomieszczeniach muzeów i galerii, jakie dają cyfrowe symulacje. Ale czy kiedykolwiek znalazł się w ten sposób pod wodą? Zadziwia, ile kolorów, faktur i detali można znaleźć w polskich wodach. Panoramy Szpygiela są też wielowarstwowe – w niektóre punkty można się swobodnie zagłębiać, aby oglądać detale, przepływające ryby, przebłyski słońca. A nie jest łatwo zrobić takie zdjęcia. Kiedy się postawi aparat, trzeba czekać godzinę, dwie, aż muł opadnie – opowiadał nasz fotograf. Żeby poruszyć aparatem, nie można po prostu wskoczyć do wody. Pozostaje wychylanie się z pontonu, albo cierpliwe czekanie w bezruchu na dnie jeziora. Paweł Szpygiel mógł tutaj liczyć na pomoc żony, Joanny, która od lat towarzyszy mu w podwodnych wyprawach i czasami bywa na zdjęciach uwieczniana. Nurek-fotogaf zmaga się nie tylko z mętną wodą, przesuwającym się szybko światłem słońca czy wymagającym sprzętem. Wśród opowieści na tym wykładzie znalazła się także historia uporczywego szkwału, czyli złośliwej burzy, która nie tylko wygnała fotografów z jeziora, ale – poprzez zwalone drzewa – także unieruchomiła ich na lądzie.

Z taką ilością informacji na temat technik fotograficznych, sprzętu i metod pracy każdy amator czuje w sobie potężną chęć podjęcia wyzwania. Ale czy warto? Na GPSach świat jest płaski – skomentował w pewnym momencie fotograf swoje opowieści. – Nikt by nie pomyślał, że Ziemia jest okrągła. Dopiero fotografia ujawnia istnienie w przestrzeni łuków i zaokrągleń. Wtedy człowiek zaczyna uświadamiać sobie, że żyje wewnątrz kuli. A więc jeśli świat, który ogląda oczami wciąż jest dla niego zbyt płaski – powinien zrobić panoramę.

Czytaj więcej...